To my critics / Do moich krytyków

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Niniejszy wpis będzie BARDZO długi, ale obiecałem, że ustosunkuję sie do niektórych krytycznych uwag (naturalnie, część z nich jest tak niskich lotów, tak poniżej jakiegokolwiek poziomu, że nie można zrobić z nimi nic innego, jak tylko wrzucić do “Śmietnika”).  Robię to tylko TEN JEDEN RAZ i NIE ZAMIERZAM kiedykolwiek w przyszłości robić tego ponownie.  Wszelkie ewentualne krytyczne komentarze, które pojawią się od tej pory będą ignorowane, a te co bardziej chamskie – wrzucane właśnie do “Śmietnika”.

Jak zapewne część z Czytelników niniejszego bloga zauważyła, od pewnego czasu pod niektórymi wpisami pojawiają się krytyczne (choć raczej należałoby powiedzieć: kąśliwe, ironiczne i bezpodstawne) komentarze dotyczące bloga i/lub mojej wyprawy.

Początkowo – co zresztą zakomunikowałem w jednym z wpisów oraz w odpowiedzi na owe zarzuty – postanowiłem owe uwagi zignorować, relegując je do kategorii “Unapprove” i/lub “Trash”.  Potem jednak doszedłem do wniosku, że nie IM – moim krytykantom – lecz pozostałym Czytelnikom należą się wyjaśnienia.  Osobom krytykującym moje działania W TENSPOSÓB nie muszę się bowiem z niczego tłumaczyć.

Zanim jedna ustosunkuję sie do konkretnych (?) zarzutów czynionych przez moich adwersarzy, nie mogę przejść do porządku dziennego nad samą formą owej krytyki, czemu wyraz dałem także we wcześniejszych swoich wpisach.

Otóż – nie szkodzi, że będę się powtarzał – jestem niezmiernie wdzięczny za każdą krytykę, pod warunkiem, że spełnia ona dwa podstawowe kryteria czy warunki: po pierwsze – jest KONSTRUKTYWNA, po drugie – jest JAWNA, tzn. zawiera dane personalne i kontaktowe komentującego.

Co rozumiem przez konstruktywną krytykę?  Oto przykłady: “Dlaczego nie zrobiłeś …?”, “Trzeba było pójść …”, “Czy miałeś przy sobie …?”, “Na twoim miejscu zrobiłbym to tak …”, “Czy przemyślałeś …?”  Etc.  Zdania, stwierdzenia lub pytania, dotyczące konkretnego szczegółu lub działania, które wedle osoby krytykującej powinno mieć miejsce, a nie miało lub powinno mieć inny przebieg.  Wobec takiej krytyki z przyjemnością się ustosunkuję, albo z pokorą przyjmując krytyczne słowa z nadzieją na “poprawę” w przyszłości, albo też wyjaśniając dlaczego osoba wnosząca zarzuty nie ma racji lub dlaczego zrobienie czegoś nie było możliwe.  Trudno zdanie “Zrobiłeś sobie jednoosobową wycieczkę na koszt naiwnych sponsorów” nazwać konstruktywną krytyką, przy najlepszych nawet chęciach.

Drugi wymóg, dotyczący jawności wypowiedzi, jest chyba oczywisty.  Od jednego z moich adwersarzy otrzymałem pytanie dlaczego stosuję podwójne standardy i nie wymagam jawności od osób chwalących mój blog i/lub wyprawę.  Otóż jest to bardzo proste.  Pochwała nie wymaga tzw. odwagi cywilnej.  Sprawia mi oczywiście dużą przyjemność i radość, nie wymaga wszakże reakcji (poza podziękowaniem).  Zupełnie inaczej jest w przypadku krytyki.  Otóż krytykujący bierze – a przynajmniej powinien brać – pełną odpowiedzialność za wypowiedziane lub napisane słowa.  Musi wykazać się odwagą cywilną, i to bez względu na to, czy należy do większości, mniejszości, czy też głosy “za” i “przeciw” rozkładają się po równo.  Krytyka pod przykrywką pseudonimu jest po prostu tchórzostwem.  To nie forum na Onecie czy Wirtualnej Polsce, gdzie tysiące ludzi piszą co chcą, bezkarnie i bez konsekwencji (co zresztą też jest niedopuszczalne lecz bardzo trudne do opanowania).

I właśnie z powyższych powodów uznaję krytykę większości mych adwersarzy za co najmniej mało wartościową.  Byłbym jeszcze może skłonny przyjąć ją “na klatę”, gdyby owi krytycy na przykład zorganizowali swą własną ekspedycję, być może z dużo lepszymi (a może należałoby powiedzieć: bardziej spektakularnymi, a la Indiana Jones?) wynikami.  Jednakże potrafią oni jedynie siedzieć przed komputerem i pisać rzeczy, które w najlepszym razie są nieścisłością, w najgorszym zaś – oszczerstwem.

Mimo to jednak zdecydowałem się odpisać na ich zarzuty, choćby po to, by inni Czytelnicy wyrobili sobie zdanie na ten temat.

A zatem “ad rem”.  Myślę, że najrozsądniej będzie przedstawić rzeczy w porządku chronologicznym.

Panowie “awe” i “zyx” piszą najpierw, że zrobiłem sobie jednoosobową wycieczkę na koszt sponsorów, dodajmy, że naiwnych sponsorów.

Mamy tu do czynienia z trzema zarzutami: jednym – że wyprawa była jednoosobowa, drugim – że to nie wyprawa, tylko “wycieczka”, i wreszcie trzecim – że zrobiłem ” w bambuko” sponsorów.

Co do kwestii pierwszej, to krytykowanie MNIE za to, że pojechałem sam jest taką samą niedorzecznością, jak, nie przymierzając, krytykowanie solenizanta, że na jego imprezę imieninową nie przyszli goście (mimo, że solenizant wysyłał zaproszenia).  Po pierwsze, przez miesiąc towarzyszył mi Warren Aston z Australii, co jakoś dziwnie umknęło uwadze moich w innym przypadku jakże drobiazgowych krytyków.  Nie jest ani moją, ani jego winą, że z przyczyn zawodowych i finansowych nie był on w stanie zostać na Wyspach Salomona dłużej.  Nie jest także z pewnością moją winą i to, że Geert z Holandii także w ostateczności zmuszony był zrezygnować z “imprezy”.  Wreszcie, z całą pewnością nie ponoszę winy za to, że pomimo apeli na mojej stronie internetowej, na forach i na czatach NIKT nie wyraził gotowości, chęci czy możliwości uczestnictwa.  Oczywiście nie tak wyobrażałem sobie tę wyprawę i przyznaję, że nie wiem dlaczego wśród osób, dla których sprawy “tajemnicze” są prawdziwą pasją nie znalazła się ŻADNA, która byłaby w stanie poświęcić dla tej pasji czas i pieniądze, by – jeśli nie na pełen okres – chociaż na miesiąc dołączyć do wyprawy.

W powyższej sytuacji miałem do wyboru jedynie dwa rozwiązania: zrezygnować z wyprawy (lub przełożyć ja na nie dającą się przewidzieć przyszłość) – co oczywiście (nie wątpię) wiązałoby się z kolejnymi zarzutami ze strony malkontentów o tchórzostwo, o nie wywiązywanie się z obietnic etc. – lub też pojechać samemu i spróbować zrobić choćby jeden niewielki krok w kierunku rozwiązania tajemnic Salomonów.  Być może to bardzo zuchwałe stwierdzenie, ale ośmielę się stwierdzić, że w tej konkretnej kwestii zrobiłem więcej, niż którykolwiek z badaczy, przynajmniej w Polsce.  Przypominam także (vide mój wcześniejszy wpis), że na blogu CELOWO nie zawarłem pewnej części informacji.  W najgorszym przypadku nawiązałem kontakty, które w znaczącym stopniu mogą dopomóc w rozwiązaniu przynajmniej części salomońskich zagadek.  Przypominam także raz jeszcze (że znów użyję tej być może zabawnej analogii): solenizant wysłał zaproszenia.  Tylko goście mogą odpowiedzieć dlaczego nie przyszli na imprezę i tylko oni są temu winni…  Ponadto wzmiankowałem także na forach i czatach, że gdybym nie znalazł współtowarzyszy podroży, to pojadę sam, ale o tym też już zapomniano…

Co się tyczy drugiego zarzutu, czyli że w gruncie rzeczy była to tylko “wycieczka”: naprawdę nie muszę wydawać tysięcy dolarów i spędzać czterech miesięcy w zabójczym klimacie jeśli chcę sobie zrobić wycieczkę.  Znam bliższe miejsca, niektóre z nich pewnie zresztą równie urokliwe, co Salomony.  Natomiast dni, tygodni, a czasem nawet miesięcy trzeba, by dotrzeć do odpowiednich osób.  Panom krytykantom zapewne wydaje się, że niczym Indiana Jones (lub Tony Halik, lub Jacek Pałkiewicz, lub, lub, lub – niepotrzebne skreślić) przeżywać będę przygody i już w pierwszym tygodniu pobytu nagram materiał video powalający świat na kolana, a po miesiącu schwytam olbrzyma i przywiozę go – żywego lub martwego – do Polski.  Mam dla Panów złą wiadomość: to nie działa w ten sposób.  To żmudne dochodzenie do prawdy, docieranie do kontaktów.  To oczekiwanie przez całe dni na statek, na samolot, na łódź.  To rozmowy z ludźmi, z których nie wszyscy są chętni do dzielenia sie informacjami.  To czekanie, aż tropikalna ulewa sie skończy i umożliwi w miarę bezpieczną wspinaczkę.  Etc. etc.  Jeśli to jest wycieczka, to ja nie życzę jej wrogowi.  Znam lepsze metody spędzania wolnego czasu.  I jeszcze jedno – naturalnie piszę to w stylu moich krytykantów, czyli złośliwie, kąśliwie i ironicznie: ileż ja się powylegiwałem na plaży!  Ileż to dni spędzonych w hamaku albo na pływaniu czy nurkowaniu!  Nie duchota tropikalnej dżungli, nie dyskusje z ludźmi i docieranie do informacji, tylko leżenie w bryzie pod palmą!  Doprawdy, śmieszny to zarzut…

Wreszcie, największa niedorzeczność wszechczasów: otóż wedle panów “awe”, ‘zyx” i “Apis” mam sponsorów!!  Mhmmmm, panowie owi piszą po polsku, więc są chyba Polakami albo przynajmniej znają biegle język Mickiewicz i Miłosza.  A mimo to, choć ja też piszę do nich po polsku tłumacząc, że nie mam ŻADNYCH sponsorów i pytając, skąd mają takie rewelacyjne informacje, zdają się nie rozumieć!  Z uporem godnym lepszej sprawy dalej utrzymują, że MAM sponsorów i koniec!  Wiedzą wszak lepiej!  Zabawne, ale wcale tego na pewno nie pragnąc, życzą mi dobrze!  Gdybym bowiem sponsorów istotnie miał, ileż więcej rzeczy dałoby się załatwić, w ileż miejsc dałoby sie pojechać, na przykład korzystając częściej z samolotów!  Z drugiej strony posiadanie sponsorów wiąże się z wywiązaniem się z pewnych zobowiązań, a tak korzystałem z własnych pieniędzy.  Nawet gdybym istotnie zrobił sobie “wycieczkę” i nie przyłożył sie w najmniejszym nawet stopniu do rozwiązania salomońskich zagadek, to są WYŁĄCZNIE MOJE pieniądze i nikomu nic do tego, jak je wydaję czy wydawałem!!!  Ale to jakoś moim adwersarzom do głowy nie przychodzi, a jeśli nawet przychodzi, to… patrz punkt pierwszy.  Do sprawy rzekomego sponsoringu zresztą jeszcze powrócę.

W jednej z kolejnych wypowiedzi jeden z krytykantów odgraża się, że on “też” znajdzie sobie sponsorów i zrobi sobie wycieczkę na antypody.  Ludzie, zachowujmy jakiś poziom dyskusji, nie róbmy z siebie dzieci!  Taka wypowiedź jest jak odgrażanie się dziecka, że “mamusia tez mi kupi lowelek, jesce ładniejsy od twojego”.  A proszę bardzo, proszę sobie szukać sponsorów i ich znaleźć, na zdrowie, niech to będzie nawet sułtan Brunei (ponoć najbogatszy człowiek na świecie) i proszę sobie zrobić WYCIECZKĘ na antypody!  Tylko… co to mnie obchodzi?

W swym kolejnym poście pan “zyx” idzie o krok dalej i oskarża mnie o zorganizowanie jednoosobowej “wycieczki” już nie tylko kosztem “naiwnych sponsorów”, lecz także kosztem Czytelników!  Nie, no koniec świata!  Czytelnicy, proszę Was, zadeklarujcie kto ile pieniędzy wpłacił na moją “wycieczkę”!  Liczę na Was!  Obiecuję, że wszystkie Wasze datki zwrócę z nawiązką!  Wprawdzie na moje konto od nikogo nie wpłynęła ani złotówka czy dolar, ale może wysłaliście pocztą albo jakoś tak i nie doszło…  Niedorzeczność goni niedorzeczność w tym niedorzecznym oskarżeniu.

Lecz to nie koniec.  Oto – wracając do sprawy sponsoringu – moi adwersarze przekonani są, że musiałem mieć sponsorów, bowiem… na swej stronie internetowej umieściłem logo wszystkich producentów całego mojego sprzętu!  Aha, rozumiem.  Czyli jeśli kupię sobie samochód i będę się chciał tym podzielić ze światem, i umieszczę logo marki/producenta oraz link do jego strony na swej stronie internetowej, to będzie to automatycznie oznaczać, że zostałem zasponsorowany i że na ten samochód nie wydałem ani złotówki!  Ha!  Ciekawy tok rozumowania…  W tym samym komentarzu, w dalszym ciągu w związku z funduszami na wyprawę, mój adwersarz zadał mi pytanie: “A pieniądze skąd?  Ze skarpety?”  Cóż, ja nie wiem, skąd mój krytyk zazwyczaj wyciąga pieniądze, może i ze skarpety.  Ale jeśli tak, to mam taką radę.  Na mieście jest dużo instytucji, które nazywają się bankami.  Tam można otworzyć rachunek i trzymać bez strachu swoje pieniądze.  Polecam, naprawdę.  Proszę spróbować.  Można tam oszczędzać, a czasem nawet wpadnie, malusieńki wprawdzie, ale jednak, procencik…  W każdym razie ja tam trzymam swe pieniądze z OSZCZĘDNOSĆI.

Ale idźmy dalej.  W kolejnym swym komentarzu pan “zyx”, oczywiście w tonie prześmiewczo-ironicznym, jak wiadomo absolutnie niezbędnym w każdej rzeczowej i konstruktywnej dyskusji, pisze: “Robaki w hotelu, banan za 2 dolce i jak tu prowadzić badania naukowe nie mówiąc o obserwacjach UFO!  Chłopie, zrobiłeś z ludzi wała i uciąłeś se wycieczkę w piękne rejony świata.  Ciekawe jakie zdjęcia i filmy przywieziesz z tej wycieczki? Idę o zakład, że miernej jakości i nie mające żadnej wartości. Poczekamy i skomentujemy ten Twój wyczyn w odpowiednim czasie”.

Pana “zyx”a cechuje, nie powiem, wielka przenikliwość i spostrzegawczość.  Natychmiast zauważył informację o robakach w hotelu i dwóch dolarach za banana.  Szkoda tylko, że w cudowny sposób wyjął te informacje z kontekstu!  Gdyby bowiem zachował uczciwość czy rzetelność, zwróciłby uwagę na wszystkie moje wyjaśnienia dotyczącego tego, dlaczego NAPRAWDĘ w badaniach salomońskich zjawisk występują trudności…Nie będę  teraz tego wszystkiego powtarzał, kto chce, sprawdzi w poprzednich wpisach.  Ale nie, pan “zyx” woli wyciągnąć jakiś stosunkowo mało istotny szczegół i zrobić z niego odpowiednie pośmiewisko.  Naprawdę bardzo konstruktywna metoda, gratuluję!  A tak nawiasem mówiąc tak się jakoś niefortunnie składa, że nawet ktoś, kto bada te rzeczy, musi od czasu do czasu coś zjeść i gdzieś zamieszkać, niech pan sobie wyobrazi, Panie “zyx.  Niebywałe, prawda?  A jednak prawdziwe…  I kiedy tu się wydaje 2 dolary, tam 20, a jeszcze indziej – 200, to ziarnko do ziarnka zbiera się całkiem spora kwota, której nie można podzielić pomiędzy członków wyprawy, bo takowych nie ma.  Ale co to Pana obchodzi, prawda, Panie “zyx”?

I jeszcze jedno: co Panu, Panie “zyx”, strzeliło do głowy z tymi badaniami NAUKOWYMI?  Jest mi oczywiście bardzo miło, że ma Pan mnie za naukowca, ale nim nie jestem i nawet nie wiem, czy chciałbym nim być.  Moje badania nigdy nie miały, nie mają i nie będą miały charakteru naukowego i o ile mi wiadomo, naukowcy kompletnie ignorują doniesienia o jakichś kulach światła, olbrzymach czy małych istotkach.  Tłumaczyłem też już (chociażby na antenie Radia Infra/Para-Radia), że stwierdziłem, iż nacisk należy położyć na próbę weryfikacji, czy owe zjawiska i byty w ogóle istnieją, a nie na badanie ich natury czy proweniencji.  TO WŁAŚNIE należy zostawić naukowcom oraz paranaukowcom.

Proszę mi tez wyjaśnić, bom bardzo tego ciekawy: w jakiż to sposób zrobiłem, jak był Pan łaskaw się wyrazić, z ludzi wała?  Czy komuś coś byłem winien?  Czy zawarłem jakąś transakcję, w której napisano, że w zamian – właśnie, za co? – dostarczę kości olbrzyma (albo jeszcze lepiej żywego olbrzyma), video światła z odległości 50 metrów etc.?  Czyżby ktokolwiek był tak szczerze zainteresowany i przejęty moją wyprawą (po ilości uczestników tejże widać właśnie jakie było REALNE zainteresowanie), że uznawał mnie za bohatera, a okazało się, że nim nie jestem?  Proszę, śmiało, niech Pan mi to wyjaśni.  Bo wie Pan, ja to głupi jestem i zamiast jak należy siedzieć przy komputerze i kogoś “obsmarowywać´ nad klawiaturą komputera, ja wolę pojechać i przynajmniej spróbować coś sprawdzić tysiące kilometrów od domu…

I jakąż to wartość powinny według Pana posiadać filmy i zdjęcia, by zostać przez tych biednych, zrobionych “w wała” Czytelników uznane za wartościowe? Ach, już wiem!  To powinno być nagranie ufoludka wymachującego zieloną chusteczka w żółte groszki z okna swojego pojazdu, przelatującego właśnie nad salomońską dżunglą!  Albo też wspólne, “rodzinne” zdjęcie, przedstawiające piszącego te słowa, podającego rękę olbrzymowi!

Ach, proszę, proszę, proszę!  Proszę komentować mój wyczyn ile wlezie!  Naprawdę!  Żyjemy w wolnym kraju, choć czasem wydaje mi się, że niektórzy rozumieją tę wolność jako swobodę mówienia czegokolwiek w jakimkolwiek stylu.  Tylko, wie Pan…  Ciężko mi się do tego przyznać, ale…  jakoś nic a nic to mnie nie będzie obchodzić…

Potem znów do akcji włącza się pan “Apis”, który pisze:  ” […] efekt będzie taki, że po powrocie zostanie napisana gruba książka pełna bezwartościowych opisów niczego nie wyjaśniających z kilkoma zdjęciami wysp Salomonowych na, której będzie się chciało zarobić.  Nawciska się czytelnikom jakichś legend o bliżej nieokreślonym pochodzeniu spisanych od napotkanych miejscowych opijów i tyle.  No i może będą ze dwie niesamowite relacje o widzianych nad wyspą smoczych wężach tylko daleko…  Juz raz Pan Wojtek pisał, że widział smocze węże świecące na Salomonach opisując latające kule.  A nie to na filmie tak mówił.  Co za różnica tylko więc smocze węże czy kule bo według Pana Wojtka te kule to smocze węże-dokładnie.  Bodajże jest to na ostatnim filmie na drugim blogu. Pan Wojtek pochopnie podjął decyzję z wyprawą nie czekając na zgłoszenie sie sponsorów i odpowiednich ludzi, a może wszyscy uznali, że to bez sensu?”

No cóż, chyba zostałem wywołany do tablicy…  Po pierwsze, NIE ZAMIERZAM W TEJ CHWILI napisać żadnej książki.  Nie będzie też artykułu, raportu ani żadnej innej notki.  To co trzeba jest na blogu, zaś co do reszty…  Część z informacji jest zbyt poufna i zostałem WYRAŹNIE poproszony przez mojego informatora o to, by pewnych kwestii publicznie nie poruszać.  Na ich opisanie czy ujawnienie przyjdzie jeszcze czas.  Nigdy też nie ukrywałem (i dałem temu wyraz także podczas co najmniej jednej z audycji radiowych, nagranych już po moim powrocie z Salomonów), że w chwili obecnej mam JESZCZE za mało danych, by napisać książkę.  Przypominam też, że taka książka została już napisana (jest nią “Solomon Islands Mysteries” autorstwa Mariusa Boirayona), więc moja musiałaby być nie tyle uzupełnieniem, co rozszerzeniem zawartych tam informacji.  Aby takie rozszerzenie mogło ujrzeć światło dzienne, potrzebny jest jeszcze co najmniej jeden bardzo długi wyjazd (lub kilka krótszych wyjazdów) na Wyspy Salomona.  Jest mi również bardzo przykro (a jednocześnie jestem oburzony), że traktuje Pan w ten sposób mieszkańców Salomonów – jako “opijów”, którzy bełkoczą bez ładu i składu o jakichś tam światłach czy olbrzymach.  Obraża Pan w ten sposób i samych Salomończyków, i ich kulturę, tradycję i historię. Doprawdy, szkoda wręcz polemizować z tak idiotycznym argumentem.

Proponowałbym też uważniejsze przeczytanie lub posłuchanie/obejrzenie tego, co mam do powiedzenia.  Po pierwsze nigdy i nigdzie nie twierdziłem, że to, co widziałem nad górami na wyspie Guadalcanal w roku 2008 to były właśnie owe “Wężowe Smoki” czy “Smocze Węże”, opisywane przez Boirayona.  Po drugie, ostrożniejsza lektura lub słuchanie/oglądanie pozwoliłyby Panu zauważyć, że widziałem i kulę światła (czymkolwiek by ona nie była), i (wcześniej) smugę światła.

Cieszę się, że zgadzamy się przynajmniej co do jednego: zarówno sponsorzy, jak i dodatkowe osoby bardzo by się tej wyprawie przydali.  Co do sponsorów (dziękuję też, że – w przeciwieństwie do niektórych innych krytykujących – nie twierdzi Pan maniakalnie, iż takich sponsorów miałem), to doprawdy trudno byłoby znaleźć takie firmy lub osoby prywatne, które sprzętowo lub finansowo zgodziłyby się wesprzeć wyprawę, polegającą na szukaniu (i ewentualnym znalezieniu) kości jakichś olbrzymów czy też dziwnych światełek na niebie, bez względu na to, jak oficjalnie czy naukowo nie opisałoby się tematu.  Dodajmy też, że sponsorzy oczekują zazwyczaj bardzo wymiernych rezultatów, tzn. jeśli podpisują umowę sponsoringową dla wyprawy szukającej nieznanego gatunku motyla, to oczekują znalezienia, zdjęć i nagrań video motyla, nie zaś dzikiej świni lub ostatnich ludożerców.  Dlatego nie można by tez potencjalnym sponsorom skłamać, mówiąc im, że będzie się na Salomonach robić jedną rzecz (bardziej do “strawienia” przez firmy i bogate osoby prywatne), gdy tymczasem jechałoby się z zamiarem robienia rzeczy innej…

Co się zaś tyczy, jak Pan to określił, “odpowiednich” ludzi, to co właściwie ma Pan dokładnie na myśli?  A raczej kogo?  Pana “zyx”a?  Siebie?  A może ludzi pokroju Pałkiewicza?  Bez względu na to, kto panu chodził po głowie, faktem jest, że nikt nie wyraził chęci, gotowości czy możliwości dołączenia do wyprawy, a czekanie na owych “odpowiednich” ludzi mogłoby przypominać czekanie na Godota…

Powoli do głosu, oprócz wspomnianych wyżej osób, dochodzić zaczęli nowi krytykanci.  I tak osoba o pseudonimie “cotomabyc? ” tak oto sobie poczyna: “Pan Bobilewicz powoli staje się kolejnym pośmiewiskiem na polskiej scenie pseudo badaczy nieznanego. A pracuje na to rzetelnie i konsekwentnie brakiem profesjonalizmu i niesłownością. Raz, że nie pokazał żadnych zdjęć czy filmów z poprzedniego pobytu na wyspach to i z tego nadal ani foty nie widać. To śmiech na sali i kpina z ludzi. Panie Bobilewicz nie obrazi się pan jak wyrażę o panu zdanie, że jest pan niesłownym kłamcą i ma pan zero pojęcia o jakichkolwiek metodach prowadzenia wypraw”.

Panie “cotomabyc?”  (a może Pani, nie wiem, bo przecież anonim, a jakże).  Gdyby zadał/a sobie Pan/i choćby NAJMNIEJSZY trud poszperania w Internecie, zamiast tracić energię na bezczelne szkalowanie mojego dobrego imienia, to wiedział(a)by Pan/i, że moje zdjęcia i nagrania video, tak z tego, jak i z poprzedniego wyjazdu, można raczej łatwo znaleźć, ot choćby w moim raporcie z wyjazdu w roku 2008, na moim facebookowym profilu, na YouTube…  Tylko że do tego potrzeba troszkę cierpliwości, dobrej woli i pomyślunku…

Natomiast za nazwanie mnie niesłownym kłamcą mógłbym Pana/Panią pozwać do sądu za zniesławienie, ale szkoda mi marnować czas, energię i pieniądze na prostowanie takich głupot.  Ach, chylę czoła przed głęboką wiedzą na temat prowadzenia wypraw.  W szczególności zaś chylę czoła przed Pana/Pani głębokim doświadczeniem i rozległą wiedzą w zakresie wypraw salomońskich, no i gratuluję rozwikłania wszystkich ich zagadek i napisania na ten temat świetnej książki!!  Z jakże wielką uniżonością chętnie zostanę kucharzem albo tragarzem na Pana/Pani następnej wyprawie w tamte rejony!

W bardzo podobnym duchu miłości bliźniego i szacunku do niego wypowiada się (chyba) pani o wdzięcznym imieniu/pseudonimie “beata”:  “A powinien [przejmować ię krytyką – WB] bo nie spełnia żadnych obietnic.  Przyznaję rację tym, którzy domagają się zdjęć nie tylko z tej, ale i z poprzedniej wyprawy.  Nie ma zdjęć?  Nie było wyprawy, a wszystko jest ściema schizofrenika na wózku inwalidzkim, który nigdy nie wyjechał z Polski”.

Cóż, przed chwila zostało to wyjaśnione, zdjęcia są, nie od dzisiaj, trzeba się tylko troszkę namęczyć i poszukać, ale to już zbyt wielka fatyga.  A tym schizofrenikiem na wózku inwalidzkim jestem po prostu zachwycony.  To taka doprawdy pełnia życzliwości, jakże wszechobecna wśród tak wielu moich kochanych Rodaków!  Ciekawe tylko, skąd ten pomysł o wózku inwalidzkim, bo schizofrenika mogę jeszcze zrozumieć?  Błagam, niech mi to Pani wytłumaczy!

Ale, ale, to nie solo, nawet nie duet!  Mamy trio podobnie śpiewających ptaszków!  O jakże miło, wszak w jedności siła!  Pan (chyba) o równie pięknym i wdzięcznym pseudonimie “amadeus” pisze dokładnie w tym samym duchu życzliwości:  “Dla mnie ktoś kto od 2008 roku nie pokazał zdjęć z pierwszej wyprawy jest kompletnie nie wiarygodny.  Przychylam się do podejrzenia, że żadna z tych wypraw tak na prawdę nie miała miejsca, a wszystko wymyślił sobie facet chory na umyśle i mistyfikator”.

Pan “amadeus” może, zgodnie z pseudonimem, nie Polak jest, tylko Austriak, bo jakby był Polakiem, to niewątpliwie wiedziałby, że słowo “niewiarygodny” pisze się razem.  No ale – w przeciwieństwie do moich adwersarzy – czepiam się.  Znacznie ważniejsze jest to, że jestem mistyfikatorem.  Mhmmm, o ile mi wiadomo – choć rzecz jasna mogę się mylić, przecież technologia poszła teraz do przodu – pan “amadeus” nie był na Salomonach.  Jakże więc mógł wpaść tak szybko na trop i mnie zdemaskować?!?!  To ja całe cztery miesiące pod palmą leżę, pieniądze sponsorów wydaję (i co gorsza, także Czytelników!), dreszczy nikomu a la Indiana Jones nie dostarczam, banany za 2 dolary zamiast za 50 centów muszę kupować, a pan “amadeus” buch! i już przejrzał moją wstrętną mistyfikację!

To powiedziawszy, szczerze ubawiony, ale jednocześnie mocno zniesmaczony i przerażony poziomem wypowiedzi, żegna się z Czytelnikami – wszystkimi – Wasz chory na umyśle, schizofreniczny, jeżdżący na wózku inwalidzkim kłamca i mistyfikator, Wojtek B.

Jak napisałem na samym początku, tylko ten jeden raz odezwałem się na krytyczną, ale najczęściej po prostu (bez)denną krytykę mojej osoby, mojego bloga i mojej wyprawy.  Od tego momentu nie interesuje mnie żadna krytyka.  Chamska, bezczelna i prostacka będzie spuszczana do śmieci, pozostała zaś – pozostanie bez odpowiedzi.  Nie mam ochoty i zamiaru użerać się z osobami, które nawet nie postawiwszy stopy na pokładzie samolotu lecącego w stronę Salomonów wiedzą wszystko lepiej i więcej, a energię marnotrawią na krytykę, naturalnie – skądże znowu! – pozbawioną całkowicie bezinteresownej zawiści.

Być może jeszcze kiedyś tu coś napiszę, ale wpisy od teraz staną się niezwykle rzadkie, raz na kilka tygodni, a może nawet raz na kilka miesięcy.  Blog ten “odżyje” znowu przed kolejną wyprawą na Salomony, stanowiącą naturalną kontynuację minionej.  Kiedy do niej dojdzie – na razie trudno powiedzieć, ale z pewnością taka dojdzie do skutku.  I dopiero po kilku takich wyprawach będzie można mówić o czymś namacalnym, być może niezaprzeczalnym.  Badaczom wielu zjawisk całe długie lata zajęło badanie jakiegoś fenomenu, zjawiska, miejsca, istoty.  Proszę nie łudzić się, że w moim przypadku będzie inaczej.

Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia kiedyś.  A od moich krytyków chcę koniecznie otrzymać raport z ich wyprawy, ewentualnie książkę o ich najwspanialszej na świecie i zakończonej natychmiastowym sukcesem wyprawie na Salomony.  Książkę koniecznie z dedykacją “dla kłamliwego schizofrenika”.

Na razie

Wojtek Bobilewicz

 

[ENGLISH VERSION]

This entry is going to be VERY long but I promised that I would comment on some critical remarks (obviously some of those are of such a poor standard, below any level of decency, that I can do nothing about them but to drop them in the “Trash”).  I am only doing it THIS ONE TIME ONLY and I DO NOT INTEND to do it again any time in the future.  Any potential critical remark that is going to appear from now on will be ignored, and those more boorish or loutish will be relegated to the above-mentioned “Trash”.

As some of the Readers have possibly noticed, for some time now, under some of my entries, some critical remarks appear concerning the blog and/or my expedition (although in fact those remarks should rather be termed as biting, ironic and ungrounded).

Initially – as communicated in one of my entries and in one of my replies to those allegations – I decided to ignore those remarks, relegating them to the category called “Unapprove” and/or “Trash”.  Then, however, I came to a conclusion that not to THEM – my critics – but to the remaining Readers I do owe some explanations.  After all, I do not have to explain anything to individuals who criticise me THE WAY THEY DO.

Before I express my attitude towards those concrete (?) allegations made by my adversaries, I cannot just pass over the form in which this criticism is expressed, something I also mentioned in my earlier entries.

Well – it doesn’t matter that I am going to repeat myself – I am immensely grateful for any criticism, under one condition, namely that ir meets two criteria or conditions: first – that it is CONSTRUCTIVE, second – that it is OPEN, i.e. it contains personal and contact details of the critic.

What do I understand by constructive criticism?  Here are some examples: “Why didn’t you do …?”, “You should have gone to …”, “Have you had … on you?”, “If I were you I would have done it this way …”, “have you thought about …?”  Etc.  Sentences, statements or questions concerning some specific detail or action that – according to the critic – should have happened but did not or should have had a different course.  I will gladly comment on such criticism, either humbly accepting it with hope for an “improvement” in the future, or explaining why the critic is not right or why doing something was not possible.  It is difficult, even with the best of intentions, to call the following statement constructive criticism: “You have organised yourself a one-man excursion at the expense of naive sponsors.”

The second requirement, concerning the openness of opinions, is hopefully obvious.  From one of my adversaries I received a question why I am using double standards and why I am not requesting such openness from those who praise my blog and/or my expedition.  Well, it is extremely simple.  A praise does not require so-called moral courage.  It is of course very pleasant and satisfactory to me, however it does not require any action (other than saying thank you).  Things are completely different in the case of criticism.  The critic takes – or at least should take – full responsibility for what he/she says or writes.  The critic must have moral courage, irrespective of whether he/she is in the minority, majority, or whether the votes “for” and “against” are more or less equal.  Criticism under the cover of a pseudonym/nickname is just cowardice.  It is not some Internet forum where thousands of people write what they want, without punishment and any consequences (which, by the way, is unacceptable but very difficult to curb).

And it is exactly because of the above reasons that I consider criticism by my adversaries to be of little value at best.  Perhaps I would be willing to take it in my stride and face it bravely should my critics organise, say, their own expedition, perhaps with far better (or shall we say, with far more spectacular, Indiana Jones-style?) results.  However, all they can do is to sit in front of their computers and write things that are at best inaccuracies, and at worst – slanders.

However, despite this, I have decided to write back to them, commenting on their comments, if not for anything else then at least to make other Readers aware of the situation.

Let us start, then.  I think that the best course of action will be to present things in chronological order.

First, gentlemen “awe” and “zyx” write that I have organised for myself a one-man excursion at the expense of sponsors, and naive sponsors at that.

We are dealing here with three allegations: one – that te expedition was one-man only, two – that it was not an expedition but an “excursion”, and three – that I have played a trick on sponsors.

As regards the firs of these, criticising ME for going alone is as absurd as criticising a person who wants to celebrate their name-day that no guests have arrived at their party (despite the fact that the person has sent invitations).  Firstly, for one month I have been accompanied by Warren Aston from Australia, something that oddly escaped the attention of my otherwise very scrupulous critics.  It is neither my nor his fault that for professional and financial reasons he could not stay longer in Solomon Islands.  It is certainly not my fault that Geert from Holland was finally forced to resign from the event, too.  Finally, I absolutely bear no blame for the fact that despite appeals on my Internet site, on forums and on chats NOBODY expressed their readiness, willingness or ability to participate.  Of course, that is not how I imagined this expedition to be and I admit that I do not know why, among those for whom “mysterious” things are a real passion there was NONE who would be able and willing to devote their time and money for that passion in order to join me, if not for the whole period, then at least for a month.

In the above situation I only had a choice between two solutions: either to resign from the expedition (or to postpone it to some unforeseeable future) – which (no doubt) would stem another wave of allegations on the part of grumblers of cowardice, not keeping up my word etc. – or to go alone and attempt to make at least one small step towards solving Solomon mysteries.  Perhaps it is going to be a very bold statement, yet I dare say that as regards this specific, particular issue I have done more than any other researcher, at least in Poland.  Let me also remind (see my earlier entry) that I have PURPOSEFULLY omitted some information from this blog.  At the very least I have made a network of contacts who can to a significant degree assist in solving some part of the Solomon mysteries.  Let me remind you, furthermore, to use again the perhaps funny analogy above, that the host has sent invitations.  Only guests can say why they have not made it to the party  and it is only the guests who are to blame.  Moreover – something I have also mentioned in forums and chats – I said that should I fail in finding companions for the trip, I would then go alone, but that, too, seems to have been now forgotten…

When it comes to the second allegation, namely that in fact it was only an “excursion”: really, I do not need to spend thousands of Dollars and spend four months in a killing climate if I want to make an excursion.  I know some other places, far less remote, and some probably as charming as the Solomons.  On the other hand, it takes days, weeks, and sometimes even months to reach proper people.  The people who criticise me probably think that, Indiana Jones-style (or Tony Halik-style, or Jacek Pałkiewicz-style, or, or, or – delete as appropriate), I will experience great adventures and that in my first week I should record a video material that brings the world to its knees, and after a month I should capture a giant and bring it – dead or alive – to Poland.  Well, I have some bad piece of news for you, Ladies and Gentlemen: it does not work that way.  It is an arduous getting to the truth, reaching contacts.  It is waiting for days for a ship,. A plane, a boat.  It is conversations with people of whom not everyone is happy to share information.  It is waiting until a tropical downpour is over thus making it possible to climb in relative safety.  Etc., etc.  If this is an excursion, then I do not wish it to my worst enemy.  I know better ways of spending one’s spare time.  And one more thing – obviously I am writing this in the style of my critics, i.e., maliciously, bitingly and ironically: how many hours and days lying down on a beach!  How many days spent in a hammock, or swimming or snorkelling/diving!  Not the stuffiness of the tropical jungle, not discussions with people and reaching information, but lying down under a palm-tree in the breeze!  What a ridiculous accusation, indeed!

Finally, the greatest absurdity of all times: according to Messrs “awe” and “zyx” I have had sponsors!  Mhmmmmm, those gentlemen write in Polish, so I take it they are Polish or at least know Polish fluently.  And despite this, although I, too, write to them in Polish, explaining I have NO sponsors and asking from where they have such excellent information, they seem not to understand!  Stubbornly they keep maintaining that I HAVE sponsors and that is it!  After all, they know better1  It is really funny, but without them wanting it, they wish me well!  After all, if I did have sponsors, how many more things it would be possible to do, how many more places it would be easier to visit, by using planes more frequently, for example!    On the other hand, having sponsors is connected with fulfilling certain obligations, but as it is I was using my own money.  Even if I would make myself an “excursion” indeed and even if I did absolutely nothing towards solving the Solomon mysteries, this is SOLELY MY OWN money and it is nobody’s business just how I spend or have spent it!!!  But somehow this does not seem to cross my adversaries’ minds, and even if it does, see… point number one.  I will touch upon the sponsorship matter later.

In one of the following comments one of my critics boasts that he, too, will find himself some sponsors and organise himself an excursion to the end of the world.  Folks, let us maintain some level of discussion here, let us not make children of ourselves!  Such claims are like a bragging of a small child saying that “mummy is going to buy me a bike, too, nicer than yours! ”  Well, go ahead, please go and look for sponsors and find them, good luck, let it even be the sultan of Brunei (apparently the richest man in the world), and please go for an EXCURSION to the Antipodes.  Only… what do I care?

In his following comment Mr “zyx” goes one step further and accuses me of organising a one-man excursion not just at the expense of naive sponsors, but of the Readers as well!  A veritable end of the world!  Dear Readers, please declare who paid what amount to cover the cost of my “excursion”!  I am counting on you!  I do promise that I will return all your offerings with interest!  While no Złoty or Dollar has yet arrived from anyone to my bank account, I guess that perhaps you have sent it by post and it got lost on its way or something like that…  Nonsense after nonsense in this nonsensical accusation.

But that is not the end.  Well, coming back to the issue of sponsoring, my adversaries are convinced that I must have had sponsors as… on my Internet site I have placed the logos of all the producers of my equipment!  Well, I see.  So if I buy myself a car, and if i want to share the news with the world, and if I place the logo of the brand/producer and its link on my Internet site, then it must mean that I have been sponsored and that I have not spent a penny on that car!  Oh my!  What an interesting train of thought!  In the same comment, still concerning funding of my expedition, my adversary asked me a question: “Where did you take the money from?  From a sock? ”  Well, I do not know where my critic usually takes his money from, perhaps from a sock.  But if so, let me have a piece of advice: there are numerous institutions in town which are called banks.  It is possible to open an account there and keep your money there without fear.  I do recommend it, really.  Please try.  You can save there, and sometimes you can get an interest on your savings, however small it may be…  In any case, that is where I keep my money from SAVINGS.

But let’s go a step further.  In his next comment Mr “zyx”, of course in a teasing-ironic tone, so indispensable during any factual and constructive discussion, writes: “Worms in the hotel, bananas 2 Dollars a piece, how will you run scientific research, not to mention observing UFOs!  Man, you have made fools of people and you have taken an excursion to beautiful regions of the world.  I wonder what photos and videos you will bring from the excursion.  I bet they will be of mediocre quality and without any value.  We shall wait and comment on your feat at a proper time.”

I must admit that Mr “zyx” possesses great perspicacity and perceptiveness.  He immediately spotted information about worms in the hotel and about bananas at two Dollars per piece.  It is only a pity that miraculously he took the information out of context!  If he remained honest or reliable he would pay attention to all my explanations concerning why it is REALLY difficult to run any research in the Solomons.  I am not going to repeat all of that now, those who want can check it in my earlier entries  But no, Mr “zyx” prefers to take out some almost irrelevant detail and to make a proper laughing stock out of it.  Truly a very constructive method, congratulations.  By the way, somehow it so happens unfortunately that even someone who researches those things must eat something and live somewhere from time to time.  Imagine that, Mr “zyx”!  Unthinkable of, right?  And yet true…  And when you spend 2 dollars here, 20 Dollars there, and 200 Dollars elsewhere, then when you add it all up, quite a large sum comes up that cannot be divided among expedition members as there aren’t any.  But what do you care, right, Mr “zyx”?

And one more thing:  Mr “zyx”, wherever did you take the SCIENTIFIC research idea from?!?!  I am of course very pleased that you consider me to be a scientist but I am not one and I am not even sure if I wanted to be.  My research has never been, and never will be, of a scientific character, and, as far as I am aware, scientists completely ignore reports of some balls of light, giants or small people.  I have already explained (among other places, during an interview at Radio Infra/Para-Radio) that I have come to a conclusion that stress should be put on verifying whether such phenomena and beings really exist at all or not, not on researching their nature or provenance.  THAT EXACTLY is something that should be left for scientists and para-scientists.

Please also explain to me, as I am very curious about it, how did I make fools out of people?  Have I owed anything to anyone?  Have I concluded some transaction in which it was written that in exchange – for what, exactly? – I would deliver giant bones (or, better still, a living giant), a video recording of a light some 50 metres distant, etc.?  Has anyone been so frankly interested in and excited by my expedition (the REAL interest can be inferred from the number of expedition participants) that they considered me to be a hero and it turned out I am not one?  Please, go ahead, explain it to me.  Because, you see, I am kind of dumb, and instead of properly sitting in front of my computer and vilifying someone, I prefer to go and at least try to check something thousands of miles away from home…

And what value, according to you, should films and photographs have in order to be considered valuable by those poor Readers who have been fooled?  Ah, yes, I know!  It should be a recording of a UFO-man waving a yellow-dotted green handkerchief from the window of its craft just passing over the Solomon jungle!  Or else, a common, “family” snapshot showing this writer shaking hands with a giant!

Oh please, please, please!  Please comment on my feat as much as you can!  Really!  We live in a free country, although sometimes it seems to me that some people understand this freedom as freedom to say anything in any style.  Only, you know…  It is hard to admit it but… somehow I would not give a damn about your comments…

Then another gentleman joins in whose nickname is “Apis”.  He writes:  “[…] the result will be that after his [i.e. mine – WB] return a thick book will be written full of worthless descriptions that explain nothing with a handful of photographs of Solomon Islands that someone would want to make money on.  Readers will be fed some legends of vague origin heard from local drunkards, that’s all.  Well, maybe the book will include some two amazing reports about Dragon Snakes seen over the island, however from a far distance.  Once before Wojtek wrote he had seen Dragon Snakes shining over the Solomons while describing flying orbs.  Oh no, sorry, it was in the video recording that he was saying this.  What’s the difference, only Dragon Snakes or orbs because according to Wojtek the orbs are Dragon Snakes – exactly.  I think it is in the penultimate video recording in the second blog.  Wojtek has made a hasty decision to go for an expedition without waiting for sponsors and appropriate people, or perhaps everyone thought that it is useless?”

Well, looks like I have been called to answer.  Firstly, I DO NOT INTEND NOW to write any book.  Neither will there be an article, a report or any other note.  All that is needed is in the blog, and as regards the rest…  Some of the information is too confidential and I have been EXPLICITLY asked by my informer not to disclose some issues publicly.  There will come a time for describing or disclosing them.  I have never concealed (and I have informed about it during at least one radio shows recorded after my return from the Solomons) that right now I STILL have too few data to write a book.  Let me also remind you that a book like this has already been written (it is “Solomon Islands Mysteries” by Marius Boirayon), therefore mine would have to be not so much a supplement or addition, but rather an expansion and an update of information included therein.  In order for such an expansion or update to see the light of the day, at least one more very long (or a number of shorter) sojourn in Solomon Islands is necessary.  I also feel very sorry (and at the same time I am enraged) that you treat Solomon Islanders in such a way – as drunkards who babble about some lights and giants.  Thus, you insult both Solomon Islanders themselves and their culture, tradition and history.  Indeed, it is a waste of time to argue with such an idiotic argument.

I would also suggest more careful reading or listening to what I have to say.  First, I have never claimed anywhere that what I have seen over Guadalcanal in 2008 were the real “Dragon Snakes” described by Boirayon.  Second, more careful approach to the texts or to video/audio recordings would allow you to note that I have seen both a ball of light (whatever it might have been) and (earlier) a streak of light.

I am glad that we at least agree as to one thing: the expedition would indeed benefit both from sponsors and additional members.  When it comes to sponsors (I also need to thank you that – contrary to some other critics – you don’t maniacally claim that I must have had sponsors), it would really be hard to find such institutions or private individuals that would agree to support in kind or in money an expedition whose primary aim is to look for (and potentially find) bones of some giants or some strange lights in the sky, irrespective of how one would officially or scientifically describe that aim.  We also need to bear in mind that sponsors usually expect some very tangible results, i.e. if they sign a sponsorship agreement for an expedition looking for an unknown species of a butterfly, then they expect finding it, as well as video footage and photographs of a butterfly, not a wild pig or last cannibals.  That is why it would be unwise and impossible to lie to potential sponsors by telling them that we would do one thing (more “digestible” for companies and rich private individuals) while in fact we would go to do something entirely different…

When it comes to what you termed as “appropriate” people, what exactly do you mean?  Or rather, who?  Mr “zyx”?  Yourself?  Or perhaps people such as Pałkiewicz?  Irrespective of who you have in mind, the fact is that nobody expressed their willingness, readiness or ability to join the expedition and waiting for those “appropriate” people might be like waiting for Godot…

Gradually, apart from the above-mentioned individuals, some new critics voice their concerns.  A person with a nickname “cotomabyc? ” reproaches me thus: “Mr Bobilewicz is slowly becoming another ridicule on the Polish scene of pseudo-researchers of the unknown.  And he’s been working for this reliably and consistently with his lack of professionalism and unreliability.  First, he hasn’t shown any photos or films from the previous stay in the islands, second, no photo as yet from this trip.  It is making mockery out of people.  Mr Bobilewicz, please do not be offended when I express my opinion about you, namely that you are an unreliable liar and that you have absolutely no idea about any methods of running expeditions.”

Mr “cotomabyc?” (or perhaps Ms, after all it is naturally an anonymous comment).  If you took the LEAST pains to browse through the Internet instead of wasting your energy to impudently slander my good name, then you would know that my photographs and video recordings are rather easy to find, for example in my report from the 2008 stay, on my Facebook profile, on YouTube…  But to find them, some patience, good will and cunning are needed…

For calling me an unreliable liar I could sue you at court for denigration but I don’t want to waste my time, energy and money for straightening out such idiocies.  And, no, I do not feel offended.  Not in the least.  How could I?  Let me also pay homage to your deep understanding of running expeditions. In particular, let me pay tribute to your huge expertise and broad knowledge when it comes to organising Solomon expeditions, and let me congratulate on solving all their mysteries and on writing an excellent book on it!!  How humbly will I gladly become a cook or a porter during your next expedition to the region!

In a similar vein of love to a fellow human being and respect to another person is a comment by (I think) a lady of a beautiful nickname “beata”:  “And he should [care about criticism – WB] as he does not keep any promises.  I do favour those who demand pictures not only from this, but also from the previous expedition.  There are no pictures?  There was no expedition and all this is just pulling the wool over our eyes by some schizophrenic in a wheelchair who never left Poland.”

Well, it has been explained just a moment ago, pictures are available, not since yesterday, all it takes is some effort and some research but that of course is too much of an effort.  And I am just delighted with that schizophrenic in a wheelchair.  It just beams the fullness of benevolence and kindness, so popular among so many of my compatriots!  I only wonder, where did you take the wheelchair idea from, as I can understand the schizophrenic?  I beg of you, please explain it to me!

However, it seems we do not have a soloist here, or even a duet!  We have here a trio of birds that sing to a similar beat and tune!  How nice, strength in unity, they say!  A gentleman (I guess) of an equally beautiful and charming nickname “amadeus” writes in exactly the same vein of kindness:  “To me, someone who hasn’t shown pictures since 2008 is completely un reliable.  I accede that none of these expeditions really took place and everything was invented by a guy with a sick mind and a hoaxer.”

Mr “amadeus” perhaps, as his nick would indicate, is not a Pole but rather an Austrian.  If he were a Pole then he would undoubtedly know that the word “unreliable” is spelled jointly.  But – contrary to my adversaries – I am picking at him.  Far more important is that I am a hoaxer.  Mhmmmm, as far as I am aware – but of course I may be wrong, after all technology is now very advanced – Mr “amadeus” has not been in Solomon Islands.  How, then, could he so quickly be on my trail and to expose my plot?!?!  So I keep lying full long months under a palm tree, spending the money of my sponsors (and, much worse, of my Readers!), I do not provide any Indiana Jones thrills to anyone, having to buy 2-dollar-a-piece bananas, instead of cheap, 50-cents-a-piece ones, and Mr “amadeus”… dong!  And already my heinous mystification has been seen through!

Having said that, sincerely amused, but at the same time highly disgusted and terrified with the level of some comments, your brainsick, schizophrenic, wheelchair-riding liar and hoaxer Wojtek B. says goodbye to ALL Readers.

As I said at the beginning, this was the only time I reacted to the critical, but mostly hopeless comments regarding me, my blog and my expedition.  From now on, I will not be interested in any of it.  Boorish, impudent and rough will simply be thrown into the rubbish bin, the rest will remain unanswered.  I have no will and intention to wrangle with individuals who – not even having set their foot on board of plane going in the direction of the Solomons – know everything best and more, wasting their energy for criticism that is, naturally – God forbid! – completely bereft and devoid of any unselfish envy.

Perhaps I will write something here some time in the future, however from now on entries will become extremely rare, once in several weeks or perhaps even once in several months.  This blog will become “alive” again before the next expedition, being a natural continuation of this last one.  When it is going to happen is now hard to say, but it will certainly take place.  And it is only after several such expeditions that it will be possible to speak about something tangible, perhaps undeniable.  It took researchers long years to research some phenomenon, being, place.  Please do not delude yourselves that in my case it is going to be any different.

Best regards to everyone and see you some time in the future.  And what I absolutely need from my critics is a report from their expedition, perhaps a book about their best-in-the-world and immediately successful Solomon expedition.  A book necessarily with a dedication to “a lying schizo”.

So long

Wojtek Bobilewicz

Posted in Uncategorized | 5 Comments

After Solomon Islands / Po Wyspach Salomona

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Witam ponownie.

Zgodnie z zapowiedzią sprzed Świąt, nadszedł czas na wpis dotyczący mego czteromiesięcznego pobytu na Wyspach Salomona. [Naturalnie – bo jakżeżby inaczej – JUŻ w komentarzach pojawiłysię niewybredne, a czasem prymitywne, uwagi dotyczące mego milczenia, zupełnie tak, jakby od Nowego Roku upłynął co najmniej miesiąc, a nie tydzień.]

Na początku, sam z siebie, bez szczególnej “zachęty” ze strony moich krytyków (jak wspomniałem wcześniej, do ich wypowiedzi i komentarzy ustosunkuję się w późniejszym wpisie), chciałbym przyznać się do popelnionego błędu.  Otóż cztery miesiące na pobyt w aż trzech różnych prowincjach nie były najlepszym pomysłem.  To stanowczo za mało, by udać się w dość sporą liczbę miejsc, nie mówiąc już o kosztach związanych z transportem z prowincji do prowincji.  Może gdyby wyprawa składała się z 3-5 uczestników, możliwe byłoby dotarcie do większej liczby osób i miejsc.  Z powodów, których ja sam z całą pewnością nie jestem w stanie wyjasnić (zob. mój następny wpis, który ukaże się tu za jakiś czas) i które na pewno nie są moją winą – tak się jednak nie stało.

W wyniku powyższego błędu podjąłem postanowienie, że podczas następnego wyjazdu (a taki nastąpić musi i nastąpi, będąc naturalną kontynuacją ubiegłorocznego wyjazdu) pozostanę (a może pozostaniemy, o ile ktoś jednak postanowi się przyłączyć) na Wyspach Salomona nie cztery miesiące, lecz dwa, za to cały czas spędzając wyłącznie na jednej wyspie czy w jednej prowincji.  W rezultacie powinno to dać więcej czasu na badania i zbieranie informacji na bardziej ograniczonym terenie.

A teraz już do rzeczy.

Swój poprzedni wyjazd w roku 2008 na Wyspy salomona, trwający zaledwie cztery tygodnie (z czego na jakiekolwiek badania miałem tylko dwa) potraktowałem z perspektywy czasu jako rekonesansowy.  W ciągu owego krótkiego czasu zdążyłem zorientować się w realiach salomońskiego klimatu, ukształtowania terenu, czekających mnie trudności, mentalności lokalnych mieszkańców, ich kultury, tradycji i zwyczajów (a także w realiach tzw. “czasu salomońskiego”, co z perspektywy mojego ubiegłorocznego wyjazdu okazało się nadzwyczaj istotne).  Udało mi się także (pozytywnie lub negatywnie) zweryfikować kilka podawanych przez Mariusa Boirayona informacji o pomniejszym znaczeniu.  Tylko tyle i aż tyle.

Przyznaję, że szykując wyprawę na Wyspy Salomona w roku 2011 miałem dość wysokie oczekiwania, a właściwie raczej wyobrażenia.  Wiedziałem naturalnie, że nawet przez cztery miesiące nie uda mi się rozwikłać wszystkich zagadek i tajemnic Salomonów, sądziłem jednak, że uda się przybliżyć chociaż jedną z nich.  Przyznaję też, że w tzw. “międzyczasie” zmieniłem nieco priorytety.  Przed wyjazdem, podczas czatów i forów, uważałem, iz należy choć spróbować dociec natury owych tajemniczych zjawisk i bytów.  Dałem temu zresztą wyraz także na swe stronie internetowej, http://www.wyspy.webd.pl. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że aby móc zgłębić ich naturę, pochodzenie etc. trzeba by po pierwsze zamieszkać na Salomonach na długo, być może na stałe, a po drugie posiadać specjalistyczną wiedzę naukową i paranaukową.  Toteż priorytetem stała się raczej próba dotarcia do owych istot i/lub zjawisk – i ich śladów – w celu ich udokumentowania, a decyzję co do natury owych istot i zjawisk oraz ich pochodzenia należało pozostawić w gestii naukowców i paranaukowców.

Nigdy jednak, nawet w najśmielszych wizjach i nawet przez sekundę, nie wyobrażałem sobie siebie jako drugiego Indianę Jonesa (albo – by nieco tylko zejść na ziemię – drugiego Jacka Pałkiewicza), przemierzającego po pas w bagnie niebezpieczne dżungle, z tysiącem owadów, stawonogów, gadów, ssaków i ryb czyhających wszędzie i na każdym kroku na moje zdrowie i życie.  Wizyta na Salomonach w roku 2008 uświadomiła mi bowiem, że nie tędy droga i nie tak się to może, musi i powinno odbywać.

I tu dygresja czy informacja dla wszystkich tych, którzy tak właśnie (w stylu przygód a la Jones czy Pałkiewicz) wyobrażają sobie wyprawę na Salomony.

Wszystkie (zamieszkane) wyspy archipelagu/kraju podzielone są pomiędzy rozliczne ludy, plemiona i szczepy.  Na wyspach obowiązuje trybalizm i tzw. system “wantok”, czyli wspieranie osób tego samego klanu/plemienia.  Obowiązuje też ścisły terytorializm: walki, kłótnie i spory dotyczące własności ziemi są tu na porządku dziennym, a właściciele gruntów/wodzowie wiosek mogą nawet doprowadzić do czasowego (lecz długotrwałego) zamknięcia lotniska czy lądowiska znajdującego się na ich terenie (jak to miało miejsce na przykład na Dużej Malaicie).

W powyższej sytuacji udanie się po prostu w jakieś miejsce jest bardzo trudne, a właściwie zgoła niemożliwe.  Należy najpierw uzyskać zgodę właścicieli gruntów, wodzów wiosek etc.  Jeżeli jakieś interesujące z punktu widzenia badań miejsce znane jest konkretnemu wodzowi, lecz znajduje się na innym terytorium, należącym do innej wioski, innego plemienia, szczepu czy klanu, wówczas konieczna jest wizyta takiego wodza i/lub jego przedstawiciela w owej drugiej wiosce, długie rozmowy i podjęcie decyzji, a pamiętajmy, że wszystko to odbywa się w tzw. “czasie salomońskim”.  A zatem to, co w innych okolicznościach mogłoby zająć dwie czy trzy godziny, nierzadko zajmuje trzy dni.

Kolejną rzeczą, o jakiej należy pamiętać, jest stosunek miejscowych mieszkańców do wszelkich miejsc pochówku, zarówno przodków (ludzi o normalnych rozmiarach szkieletów i czaszek), jak i olbrzymów (o których zresztą znakomita większość lokalnych mieszkańców także twierdzi, że są oni ich przodkami…).  O podejściu do takich szczątków niech świadczy opisywana przeze mnie na tym blogu historia z wioski Kakara na Dużej Malaicie.  Otóż znajdują się tam – a przynajmniej tak utrzymują miejscowi – pochowane w wielkim grobie kości olbrzyma.  Oczywiście nie omieszkałem tam pojechać (wraz z moim australijskim przyjacielem, Warrenem), by obejrzeć ów grób.  Istotnie, jego rozmiary powalają – przeszło 7 metrów długości.  Niemniej jednak to rzecz jasna nie wystarcza do stwierdzenia prawdziwości istnienia olbrzymów, teraz lub w przeszłości.  Gdy zapytałem jednego z mieszkańców Kakary, czy owo miejsce pochówku olbrzyma jest miejscem świętym albo tabu, ten odparł, że już nie, albowiem dzieci grają tam w piłkę nożną, dorośli przechodzą tamtędy codziennie, a tuż obok stoi kościół.  Gdyby miejsce to nadal było święte/tabu, kontynuował mój rozmówca, otoczone byłoby murem i nikt oprócz wybranych osób nie miałby tam prawa wstępu.  W takim razie przedstawiłem memu interlokutorowi swój pomysł, by – nie naruszając i nie wydobywając kości – odsłonić wierzchnią warstwę gruntu i umieścić tam przezroczyste tafle szkła czy plastiku, tak aby każdy odwiedzający mógł na własne oczy przekonać się o prawdziwości istnienia olbrzymiego szkieletu.  Jeden tylko taki szkielet wystarczyłby do wzniecenia fermentu w środowisku naukowym i paranaukowym, a o to przecież chodzi…

Mój znajomy zgodził się przekazać sprawę wodzom i właścicielom gruntów.  Kilka dni później rzeczywiście skontaktował się ze mną, informując, że pomimo podejmowanych przez niego prób przekonania, a nawet zmuszenia, wodzów, ci odmówili współpracy, gdyż… obawiali się zemsty ducha olbrzyma – ich przodka! (Swoją drogą interesujące, że ci sami ludzie chodzą do kościoła i wierzą w Jezusa Chrystusa – ciekawa obserwacja teologiczna i etnograficzna.)

Czemu przypomniałem tę historię?  Aby unaocznić Czytelnikom, że 1) kości i czaszki olbrzymów nawet dla miejscowych stanowią tabu i że nawet oni mają zakaz ich wyjmowania z grobów (co zresztą, nawiasem mówiąc, nie było i nie jest moją intencją, przynajmniej nie tym razem) oraz 2) jeśli chce się uszanować miejscowych mieszkańców, ich wierzenia i kulturę etc. – a przede wszystkim ich decyzje (w końcu to ich ziemia, kraj, ojczyzna) – to niezwykle trudno jest dowiedzieć się, czy tym bardziej sprawdzić naocznie, czy opowieści o olbrzymach są prawdą, czy też zmyśeniem/fikcją/oszustwem.  Byc może decyzja wodzów we wsi Kakara wynika de facto z niechęci do ujawnienia, że wielki grób w istocie nie zawiera żadnych olbrzymich kości.  Ale przekonać się o tym nie sposób bez brutalnej ingerencji kulturowej, bez pogardy i braku szacunku dla miejscowych…

Kolejną kwestią są finanse.  To, że na decyzje wodzów czeka się nieraz kilka dni jest tylko jedną, być może nawet nie najważniejszą, przeszkodą w docieraniu do prawdy.  Niestety, częścią kultury i tradycji Wysp Salomona jest także i to, że wejście na należące do kogoś ziemie – a w szczególności wejście na obszary określone czy oznaczone jako tabu – nie jest darmowe, lecz wiąże się z uiszczeniem tzw. “kastom fee”, zwyczajowej opłaty, której wysokość może wahać się od stosunkowo niewielkiej za wizytę w jakiejś wiosce (tu można się nawet pokusić o arbitralne ustalenie, czy dać pieniądze, czy też zakupić produkty żywnościowe i w jakiej ilości) do wielu tysięcy dolarów salomońskich w przypadku chęci czy konieczności dotarcia do specyficznego miejsca, wiążącego się bezpośrednio z poszukiwanymi zagadkami i tajemnicami.

[Tu kolejna dygresja: otóż niektórzy z moich krytyków – którzy rzecz jasna nie spróbowali nawet wyjechać na Salomony, zadowalając się komentowaniem wyłącznie krytycznym na moim blogu, stukając w klawiaturę w ich wygodnym i bezpiecznym mieszkaniu – zarzucają mi, że dałem czy dawałem się łatwowiernie naciągać na niebotyczne kwoty, jakich żądali miejsowi.  Otóż po pierwsze kwota 11 tysięcy dolarów salomońskich, której zażądali Kwaio za pobyt na ich ziemiach (dodajmy, że planowany na zaledwie 7 dni) była dla mnie stanowczo za wysoka, wziąwszy pod uwagę mój budżet.  Miałem wszakże do wyboru trzy rozwiązania: 1. zacisnąć zęby i zapłacić.  Jest rzeczą oczywistą, że wówczas nie miałbym już pieniędzy na wiele innych działań i na wizyty w innych prowincjach, nie mówiąc już o tym, że wyobrażam sobie wówczas krytyczne uwagi na temat łatwowierności Bobilewicza i jego skłonności do bycia naciąganym! 2. negocjować i próbować uzgodnić (o wiele?) niższa cenę.  Tu napisać mogę tylko do mych adwersarzy, gdyby byli na moim miejscu: “powodzenia!”.  Kwota ta jest, czy raczej była, nie do “przeskoczenia”, pomimo podejmowanych przeze mnie wielokrotnych prób różnorakiej argumentacji.  A zatem jedyną inną możliwością było 3. zrezygnować z pobytu u Kwaio i tym samym pozbawić się możliwości zbadania, czy choćby obejrzenia, miejsca, z którego ponoć wyłaniają się świetlne kule.  Tak też zrobiłem, ale oczywiście wówczas też zbieram lub zbiorę “cięgi”.  Jak to jednak łatwo krytykować…]

Gdybym miał sponsorów (w tej konkretnej kwestii proszę poczekać do kolejnego wpisu, w którym ustosunkowuję się do zarzutów, w tym do komentarzy o wyssanej z palca treści, a mianowicie że miałem sponsorów) lub gdybym z jakiegoś źródła dysponował naprawdę dużymi pieniędzmi, wówczas takie “zaporowe” opłaty nie stanowiłyby aż tak dużego problemu.  Niestety, budżet na wyprawę był taki jaki był, a żaden chętny uczestnik wyprawy też go nie zasilił…  Owe wysokie lub bardzo wysokie opłaty były kolejnym powodem piętrzących się trudności.

Kolejną kwestią jest transport.  Jak wiadomo Wyspy Salomona to archipelag niemal 1000 wysp i wysepek, z których najmniejsze można obejść wkoło w ciągu 2-5 minut, największe zaś mają powierzchnię kilku tysięcy kilometrów kwadratowych.  Otóż na tych największych, ale także na kilku stosunkowo małych, znajdują się lotniska, czy raczej lądowiska, dla niewielkich samolotów, obsługujących lokalne trasy.  Sęk w tym, że do przeważającej liczby miejsc maszyny owe latają nie codziennie, lecz raz, najwyżej dwa razy, w tygodniu.  Jeśli więc przebywa się w danym miejscu i zakończyło się badania, obserwacje czy rozmowy z ludźmi, nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać dwa do pięciu dni na kolejny samolot…  Czekać i nie robić nic, gdyż w takich miejscach nie ma Internetu, czasem nawet zasięgu telefonii komórkowej (jak na wyspie Santa Ana/Owa Rafa), gazet, absolutnie niczego…

Alternatywą jest oczywiście dotarcie do jakiegoś miejsca lub powrót z niego łodzią lub statkiem.  Czasem naturalnie nie ma innej opcji.  Jednak przy cenach paliwa wynoszących w przeliczeniu ok. 10 zł za litr benzyny (sic!) i przy założeniu, że na dopłynięcie gdzieś potrzeba od dwóch do 10 galonów paliwa (1 galon = ok. 5 litrów), można chyba już domyślić się, jak droga jest przeprawa łódką (nie licząc kosztów jej wynajęcia) i zdać sobie sprawę, że – paradoksalnie – w większości przypadków samolot jest tańszy od łodzi.  Statki z kolei są niepunktualne (“czas salomoński”), bywa, że niebezpieczne (przeżarte rdzą), a podróż nimi – w zależności od miejsca przeznaczenia – zajmuje od 8 do 48 godzin.

Kolejnym czynnikiem jest pogoda.  Otóż Wyspy Salomona znajdują się w strefie tropikalnej, co oznacza mniej więcej tyle, że jest tam gorąco i wilgotno lub jeszcze goręcej i jeszcze bardziej wilgotno.  Deszcze (a jest ich wiele odmian, od drobnego kapuśniaczka aż po szalejące strugi tropikalnej ulewy) mogą pojawić się tam o każdej porze dnia, miesiąca i roku i trwają od pół godziny do kilku dni.  W czasie deszczu nawet miejscowi – doświadczeni w chodzeniu po błocie, skałach i żwirze, niejednokrotnie na bosaka – unikają wędrówek po nierzadko bardzo wąskich i bardzo stromych ścieżkach w dżungli.  Dla “białasa” z Europy, mającego nieporównywalnie mniejsze doświadczenie i używającego butów, które – mimo “bieżnikowanej” podeszwy – ślizgają się po omszałych kamieniach i w błotnej mazi – marsz w dżungli w deszczu wiąże się w najlepszym razie z potłuczeniami, w najgorszym – ze śmiercią.  A deszcz – ten nieprzewidywalny prysznic z nieba – krzyżował plany (tak mnie, jak i miejscowym) niejednokrotnie, utrudniając bądź wręcz uniemożliwiając dotarcie gdziekolwiek.

<>     <>     <>     <>    <>     <>      <>     <>     <>     <>     <>     <>

Czy – wziąwszy pod uwagę wszystko powyższe – można się dziwić, iż w ciągu czterech miesięcy nie dotarłem w tak wiele miejsc?  Czy można się dziwić, że nie zobaczyłem kości olbrzyma, kiedy jeden z lokalnych mieszkańców poinformował mnie o miejscu ich istnienia dokładnie w momencie, kiedy za chwilę  samolot zabierał mnie z powrotem do Honiary? Czy takie dziwne, niezrozumiałe, oburzające, śmieszne, cyniczne, nieudaczne etc. jest to, że nie przeżywa się – i raczej nie będzie się przeżywać – przygód w stylu Indiany Jonesa czy Jacka Pałkiewicza (a najwyraźniej tego oczekują i spodziewają się niektórzy Czytelnicy)?

Czy zatem poniosłem na Salomonach porażkę, a może i klęskę?  Czy mój wyjazd był na próżno?  Czy na tym etapie o tajemnicach i zagadkach Salomonów wiadomo dokładnie to samo, co przed moim wyjazdem?

Wiem, że niektórzy stwierdzą, iż sobie pochlebiam i przypisuję nie wiedzieć jakie zasługi.  Otóż tak nie jest, przede wszystkim dlatego, że nie jestem nikim specjalnym i wyjątkowym.  Jestem przekonany – wiem – że są na świecie ludzie, którzy mają niezbędne: potencjał, wiedzę, środki, możliwości, mądrość, siłę perswazji, doświadczenie etc. etc.  Jednym słowem, są bardziej predysponowani do badania tajemnic Salomonów, niż ja.  Z jakichś dziwnych i sobie tylko znanych powodów ludzie ci jednak NIE wybrali się na Salomony, a już na pewno nie słyszałem o nikim takim z Polski.  I już sam ten fakt wystarczy, by uznać, że gdy idze o badania tych konkretnych tajemnic w tym konkretnym kraju (czyli na Wyspach Salomona), zrobiłem w tej materii i w tym kierunku więcej, niż ktokolwiek w Polsce, wziąwszy pod uwagę wszystkie przeszkody, ograniczone środki i limitowany czas.

To, że w ogóle się tam wybrałem na tak długo było tylko początkiem.  Nie jest bowiem bynajmniej i absolutnie tak, że NICZEGO nie zdziałałem, NICZEGO się nie dowiedziałem.  Jednym z moich dwóch najważniejszych osiągnięć na Salomonach jest to, że nawiązałem i rozwinąłem sieć kontaktów, ludzi, którzy znają dokładne położenie miejsc z dziwnymi światłami czy kośćmi olbrzymów.  Dzięki temu przed kolejną eskapadą na Salomony (a do takiej dojść musi i dojdzie, pytanie tylko kiedy) wystarczy odpowiednio wcześniej owe kontakty uruchomić, aby wszystko zostało przygotowane na mój przyjazd.  Nie tylko poznałem wielu miejscowych – “strażników” wiedzy – ale też udało mi się nawiązać kontakt z samym Mariusem Boirayonem, co może okazać się bardzo istotne i przydatne w mych przyszłych działaniach.

Lecz jest jeszcze jedna rzecz, i tego typu wieści na próżno szukać będziecie na moim blogu.  Otóż udało mi się też zdobyć informacje na pewne tematy takiej natury, że ich publiczne ujawnienie mogłoby grozić mnie i/lub mojemu informatorowi utratą wolności, zdrowia lub życia.  Z oczywistych, choć bardzo sekretnych, powodów nie mogę się tymi informacjami podzielić.  I nie interesuje mnie, że prawdopodobnie znajdę się pod ostrzałem krytyki szydzącej, że nie mam żadnych tajnych informacji, a piszę tak tylko po to, by wzbudzić tanią sensację.  Niech moi krytycy tak myślą (podobnie jak z niezachwianą wiarą utrzymują, że mam sponsorów – wszak wiedzą lepiej niż ja).  Ja wiem jak jest naprawdę, a owe “zakazane” informacje przechowuję w sekretnym miejscu.  Może kiedyś bedą one mogły ujrzeć światło dzienne.

Na razie pewna jest tylko jedna rzecz: moje badania tajemnic i zagadek Wysp Salomona dopiero się zaczęły.  Bóg jeden wie, kiedy nastepnym razem dane mi będzie tam pojechać, ale wiem, że tak się stanie.  I będę tam jeździł tak długo, dopóki chociaż jedna z owych tajemnic i zagadek nie zostanie “wywleczona” na światło dzienne.  A potem niech się tym już zajmują naukowcy i paranaukowcy.

Z pozdrowieniami

Wojtek Bobilewicz

 

[ENGLISH VERSION]

Welcome again.

As stated before Christmas, the time has come for an entry concerning my four-month stay in Solomon Islands.  [Of course – how else – there are ALREADY some crude, and sometimes primitive, comments on my blog concerning my silence, as if at least one month passed since the New Year, rather than merely one week.]

To begin with I would like – all by myself, without any special “encouragement” on the part of my critics (as mentioned earlier, I will make my attitude towards their comments known in my later entry) – to admit to one mistake I have made.  Namely, four months for a stay in as many as three different provinces was not the best idea.  It is definitely not enough to visit a considerable number of places, not to mention the costs connected with transportation from one province to another.  Perhaps if the expedition consisted of 3-5 participants, it would be possible to reach a greater number of individuals and places.  For reasons that I myself certainly am unable to explain (see my next entry that is going to appear here some time from now) and that are by no means my fault – that is not what happened.

Stemming from the above mistake I have made a decision that during the next stay (which must and will take place as a natural continuation of last year’s trip) I will remain (or perhaps we will remain, should someone decide to join me after all) in Solomon Islands not for four months but just for two, however devoting all this time to just one island or one province.  That should result in having more time for research and collecting information in a more limited space.

And now back to the point.

From time perspective, I treated my short four-week long previous journey to Solomon Islands in 2008 (of which only two weeks could be devoted to any research) as a reconnaisance trip.  Within that short time span I managed to orient myself to the realities of the Solomon climate, landscape, difficulties that await me, the mentality of the local inhabitants, their culture, traditions and customs (as well as to the realities of the so-called “Solomon time” which, from the perspective of my 2011 expedition, turned out to be vitally important).  I also managed to verify (positively or negatively) some information of lesser importance stated by Marius Boirayon.  Only that and as much as that.

I do admit that while making preparations for my Solomon Islands expedition in 2011 I had high expectations, or rather high hopes.  I did know, of course, that even within four months I would not be able to unravel all the secrets and mysteries of the Solomons, however I was hoping that it would be possible to bring closer at least one of them.  I do also admit that in the meantime I have slightly changed my priorities.  Before my departure, during chats and forum appearances, I thought that it was necessary to at least try inquiring into the nature of those mysterious phenomena and beings.  I have even expressed those ideas on my Internet site, http://www.wyspy.webd.pl/en,tajemnice-wysp-salomona.html.  After a while, however, I came to a conclusion that in order to be able to fathom their nature, origin etc., one would have to, first, live in Solomon Islands for a very long time, perhaps forever, and, second, to have specialist scientific and parascientific knowledge.  That is why the priority shifted to an attempt to reach those beings and/or phenomena – and their traces – in order to document them, leaving the decision as to the nature of the beings and phenomena for scientists and parascientists.

However, never ever, even in the wildest visions and even for a second, have I imagined myself as a second Indiana Jones (or – to just slightly get on the ground again – a second Jacek Pałkiewicz), traversing dangerous jungles waist-deep in a bog,with a thousand insects, anthropods, reptiles, mammals and fish lying in wait everywhere and every step to take my life.  My visit in Solomon Islands in 2008 has made me aware that that is not a proper way and that it is not the way it may, must and should happen.

Let me make here a digression for all those who imagine an expedition to the Solomons exactly like that (i.e. a la Indiana Jones or Jacek Pałkiewicz).

All (inhabited) islands of the archipelago/country are divided among numerous peoples, tribes and sub-tribes.  The system that is obligatory in the islands is tribalism and so-called “wantok”, i.e. showing support for individuals from the same tribe/sub-tribe.  Another thing in force is territorialism: fights, quarrels and arguments concerning land ownership are commonplace here, and landowners/chiefs can even cause a temporary (but long-lasting) closure of an airport or airstrip which is on their land (as indeed happened in Big Malaita).

In the above situation simply going somewhere is very difficult if not downright impossible.  It is necessary first to obtain consent of landowners, village chiefs etc.  If an important place from the point of view of research is known to a specific chief but is situated in another land, belonging to another village, another tribe, sub-tribe or clan, then it is indispensable for that chief and/or his representative to visit that other village, to hold long conversations and to make a decision, and we need to bear in mind that all of the above takes place in the “Solomon time”.  Thus what otherwise could take two or three hours frequently takes three days.

Another thing worth remembering is the attitude of the natives to any burial sites, be they ancestral ones (of regular-sized people) or those of giants (who, by the way, are also referred to by most of the locals as ancestors…).  Just what that attitude is may be illustrated by a story from the village of Kakara (already described in this blog) in Big Malaita.  They maintain to have bones of a giant buried in a huge grave. Obviously I made it a point to go there (together with my Australian friend Warren) in order to see the grave.  Indeed, its dimensions are mind-boggling – over 7 metres across.  However, that obviously wasn’t enough to ascertain the authenticity of giant existence, now or in the past.  When I asked one of the inhabitants of Kakara whether that burial ground was a holy place or a taboo, he responded that it was no longer the case as children played football/soccer there adults passed by and across every day, and there was a church right next to it.  Should that place be still taboo, my informer continued, it would be surrounded with a wall and nobody save some selected individuals would have access there.  If that was the case, then I presented to my interlocutor an idea whereby – without disturbing or removing the bones – the top layer of soil could be removed and some transparent glass or plastic could be put there instead so that every visitor could see for themselves a real, existing giant skeleton.  Just one such skeleton would suffice to stir up some ferment in scientific and parascientific circles, and that is exactly what it is all about…

My acquaintance agreed to pass the idea to chiefs and landowners.  Several days later he contacted me saying that despite his attempts to convince, or even coerce, the chiefs, the latter refused to cooperate as… they were afraid of the revenge of the giant’s spirit!  (By the way it is interesting that those same people do go to church and believe in Jesus Christ – an interesting theological and ethnographic observation.)

Why did I mention that story?  To make the Readers aware that 1) bones and skulls of giants are taboo even for the natives and that even they are forbidden to remove them from their graves (which, by the way, was not and is not my intention, at least not for now) and 2) if one wants to respect local inhabitants, their beliefs and culture – and, first of all, their decisions (after all, it is their land, their country, their motherland) – then it is very difficult to find out, and even more so to check with one’s own eyes, whether stories about giants are true or a fabrication/fiction/hoax.  Perhaps the decision of the Kakara chiefs stems in fact from their reluctance to disclose that the huge grave does not indeed contain any giant bones.  But it is impossible to find out without a brutal cultural interference, without contempt and lack of respect for the natives…

Another issue are finances.  The fact that one has to wait for a decision of the chiefs for several days is but one, perhaps not the most important, obstacle in finding out the truth. Unfortunately, part of the culture and tradition of Solomon Islands is that entering lands which are someone’s property – and in particular entering areas specified or marked as taboo – is not free but is connected with having to pay the so-called “kastom fee”, a customary fee that may range from relatively small for a visit in some village (it is even possible to decide arbitrarily whether to provide money or whether to purchase some food items and in what quantity) to many thousand Solomon Dollars should one wish or need to reach a specific place which is directly connected with the researched secrets and mysteries.

[Let me digress here again.  Some of my critics – who obviously didn’t even attempt to visit the Solomons, satisfying themselves instead wth only negative comments on my blog in front of their computers in their cosy and safe homes – repproach me for letting the locals gullibly cadge me to pay exorbitant amounts they demanded.  Well, first of all, the amount of 11 thousand Solomon Dollars that the Kwaio demanded for the stay in their lands (may I add, for merely 7 days) was for me definitely too high considering my budget.  However, I had three solutions: 1. to clench my teeth and to pay.  It is obvious that I would then have no money for many other activities and for visiting other provinces, not to mention the fact that I can even now imagine those critical comments about Bobilewicz’s gullibility and his aptitude for being cadged. 2. to negotiate and try to agree a (much?) lower price.  Here I can only say to my adversaries, should they ever be in my place: “good luck!”  The amount is, or rather was, not to be changed, despite numerous attempts I made to use all sorts of arguments.  Therefore the only other option was 3. to resign from my stay at the Kwaio and therefore to deprive myself of the possibility to investgate, or at least to see, the place from which light balls emerge.  That is what I did, but obviously then I am or was also “scolded” for it.  How easy it is to criticise…]

If I had sponsors (for this particular issue please wait until my next entry where I discuss criticism, including fabricated claims saying I had some sponsors) or if I had some source of really big money, then such “barrage” prices would not constitute such a great problem.  Unfortunately, my expedition budget was as it was, and no potential expedition member was willing to supply or replenish it, either…  Those high or very high fees were an additional reason for piling up difficulties.

Transportation is another issue.  As we know, Solomon Islands is an archipelago of almost 1000 islands and islets, of which the smallest can be walked around within 2-5 minutes, while the largest ones have an area of several thousand square kilometres/miles.  It is in he largest ones, but also on some smaller ones, that airports, or rather airstrips, exist for small planes servicing local routes.  The problem is that the vast majority of those places can only be reached once or twice a week, rather than every day.  Therefore if you stay at one place and finish your research, observations or conversations with people, nothing remains to do but to wait for another plane for two to five days…  Wait and do nothing, as there is no Internet in such places, sometimes there isn’t even mobile range (such as on the island of Santa Ana/Owa Rafa), newspapers, absolutely nothing…

An alternative is obviously to reach the place or to return from it by a boat or a ship.  Sometimes obviously there is no other option.  However, with fuel prices of about USD 3 per litre (sic!) and assuming that to reach any place one needs between two and 10 gallons of fuel (1 gallon = approx. 5 litres), it is easy to realise just how expensive it is to travel by boat (not to mention hire costs) and that – paradoxically – in most cases a plane is cheaper than a boat.  Ships, in turn, are late (“Solomon time”), sometimes dangerous (corroded with rust), and it takes between 8 and 48 hours to travel, depending on destination.

Another factor is the weather.  Solomon Islands are in the tropical zone which more or less means that it is hot and humid or hotter and more humid.  Rains (and there are many types of rain there, from a small drizzle to raging streams of a tropical downpour) can appear there any time of the day, month and year, and last between half an hour and several days.  During the rain even the locals – experienced in walking in mud, on rocks and pebbles, frequently barefoot – avoid walking on often very narrow and very steep paths in the jungle.  For a white man from Europe, with far lessser experience and using boots which – despite a “threaded” sole – slip on moss-covered stones and in the boggy mud – a march in the jungle in the rain may result at best in bruises, and at worst – in death.  And the rain – that unpredictable shower from the sky – upset plans (both for me and for the locals) many times, making it difficult or downright impossible, to reach anywhere.

<>     <>     <>     <>    <>     <>      <>     <>     <>     <>     <>     <>

Taking all the above into account, is it any wonder that within four months I have not reached so many places?  Is it any wonder that I haven’t seen bones of a giant when one of the local inhabitants informed me about the place where they were located exactly when I was just about to board the plane that was taking me back to Honiara?  Is it so strange, incomprehensible, outrageous, funny, cynical, a failure, that one does not – and most likely will not – experience adventures like Indiana Jones or Jacek Pałkiewicz (and apparently that is exactly what some Readers expect and anticipate)?

Have I, therefore, suffered a failure, or even a defeat, in Solomon Islands?  Was my expedition all in vain?  Do we know at this stage exactly the same about Solomon secrets and mysteries as we knew before my trip?

I do know that some Readers will claim that I flatter myself and that I ascribe to myself God knows what merits.  Well, it certainly isn’t so, first of all because I am no-one special or exceptional.  I am convinced – I know – that there are people in the world who have the necessary: potential, knowledge, means, possibilities, wisdom, persuation, experience etc.  In a word, they are more predisposed to study the mysteries of the Solomons than I am.  For some strange reasons known only to themselves, those individuals, however, HAVE NOT visited Solomon Islands, and I certainly haven’t heard about anyone like this from Poland.  And that fact alone is sufficent to claim that when it comes to the study of those specific mysteries in that specific country (i.e. Solomon Islands), I have done more towards that goal than anyone else in Poland, considering all the obstacles, limited means and limited time.

That I have stayed there so long was only a beginning.  It is by no means true that I have done NOTHING, found out NOTHING.  One of my two most notable achievements in Solomon Islands is that I have developed a network of contacts, people who know the exact location of places with lights or giant bones.  Because of that, before my next trip to the Solomons (and the next trip must and will be organised, the only question being when) it will only be sufficient to contact those individuals some time in advance so that everything is prepared and ready for my arrival.  Not only have I met many locals – the “guardians” of knowledge – but I have also made contact with Marius Boirayon himself, which may turn out to be very vital and useful in my future activities.

But there is also one more thing, and you will look for it on my blog in vain.  Namely, I have also succeeded to obtain some information of such a nature that its public disclosure might end up with a loss of freedom, health or life, mine and/or my informer’s.  For obvious, although very secret, reasons I cannot share that information.  And I am not particularly bothered by the fact that most likely I will find myself attacked by the critics who are going to sneer and jeer saying that I have no secret information and that I am only writing this to arouse cheap thrills.  Let my critics think so (just as they claim with unfaltering belief that I had sponsors – obviously they know better than I do).  I know what the truth is, and I am keeping that “forbidden” information in a secret place.  Maybe one day it will be able to see the light of the day.

For now only one thing is certain:  my research into the secrets and mysteries of Solomon Islands has only just begun.  God only knows when it will be possible for me to visit that country again, but I know it is going to happen.  And I am going to visit until at least one of those secrets and and mysteries will become publicly known.  After that, it is up to scientsists and parascientists.

With best regards

Wojtek Bobilewicz

Posted in Uncategorized | 6 Comments

It’s (almost) the end… / To juz (prawie) koniec…

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Witam ponownie z Honiary.  Moj kolejny pobyt w Auki byl… owocny.  Niestety, to tyle co moge powiedziec…

Za niecale piec dni wracam do Polski, a za niecale siedem dni w Polsce sie znajde.  Na przemyslenia, wnioski, wyjasnienia dotyczace wyprawy przyjdzie jeszcze czas i stosownego maila w tej sprawie napisze niebawem, byc moze po Swietach, prawdopodobnie jednak po Nowym Roku.  Teraz jednak jestem – tak po prostu, po ludzku – zmeczony czterema miesiacami pobytu w tropikach poza domem, zmeczony poszukiwaniami, zmeczony upalem i wilgotnoscia, brakiem snu i wieloma jeszcze rzeczami.  Jednoczesnie tesknie juz bardzo, za rodzina i bliskimi, za kochanymi osobami, za przyjaciolmi, kolezankami i kolegami, za znajomymi.  Za wanna z ciepla woda, za obiadami z polskimi daniami, za moja kolekcja plyt i pewnie jeszcze za dziesiatkami innych spraw.  Mowiac krotko – ciesze sie, ze juz wracam.

Niniejszym chcialbym WSZYSTKIM czytajacym ten blog – i osobom mi (i mojej wyprawie) przychylnym, i tym neutralnym, i wreszcie nawet tym krytykujacym i malkontenckim (co do ktorych komentarzy tez postanowilem sie ustosunkowac, najprawdopodobniej takze po Swietach lub po Nowym Roku) zyczyc spokojnych, radosnych i rodzinnych Swiat, wielu usmiechow, milosci, przyjazni i zadowolenia z prezentow, a na Nowy Rok – spelnienia zawodowego/naukowego i osobistego.

Wspomniane powyzej dwa wpisy, ktorych dokonam juz w Polsce, beda ostatnimi w miare regularnymi (chyba, ze rozwoj wypadkow skloni mnie do kontynuowania bloga).  Nastepne wpisy pojawiac sie tu beda znacznie rzadziej, co kilka tygodni, a moze nawet co kilka miesiecy – az do nastepnej salomonskiej wyprawy, ktora po prostu odbyc sie musi i ktora bedzie naturalna kontynuacja tego, co zaczelo sie w tym roku.

A zatem – do nastepnego razu.  Pozdrawiam

Wojtek

 

[ENGLISH VERSION]

Welcome again from Honiara.  My second consecutive stay in Auki has been…  fruitful.  Unfortunately, that is all I can say…

In less than five days I am coming back to Poland, and in less then seven days I will eventually find myself in Poland.  There will yet come the time for thoughts, conclusions and explanations, and I am going to write an entry to that effect soon, probably after Christmas, most likely however – after the New Year.  Right now I am, however, in very simple, human terms, tired with four months in the tropics, tired with (re)search, tired with heat and humidity, with lack of sleep and with many other things.  At the same time I already miss immensely my family and my close and loved ones, my friends, my colleagues and acquaintances.  My bathtub with hot water, my lunches or dinners with Polish dishes, my CD collection and probably dozens of other things.  To cut a long story short – I am happy I am coming back home.

Hereby I would like to pass my best wishes to ALL the Readers of this blog – to those favourable to me (and my expedition), to those who remained neutral, and even to those who keep criticising me (and whose comments I have decided to respond to, probably also after Christmas or after New Year).  May you have quiet, joyous and family-like Christmas, may you receive many smiles, experience love, friendship and satisfaction with Christmas gifts, and may your New Year bring you professional/scholarly and personal achievements.

The two entries mentioned above, which I am going to add already from Poland, are going to be the last more or less regular ones (unless developments force me to continue this blog).  Any entries afterwards will appear much less frequently, once in several weeks or perhaps even once in several months – until the next Solomon expedition which simply has to take place and which is going to be a continuation of what has begun this year.

Until the next time, then.  Best regards.

Wojtek

Posted in Uncategorized | 10 Comments

After Makira / Po Makirze

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

(Ten post mial byc dosc dlugi, ale ze wzgledu na to, ze od wczoraj mam jakas nie bardzo wyjasniona opuchlizne prawej dloni i ciezko mi sie pisze na klawiaturze – bedzie krocej)

Witam ponownie.  Jestem w Honiarze, ale jutro wracam na tydzien na Malaite.  Po co?  O tym w kolejnym poscie.  Dzis tylko pokrotce opowiem, co sie ze mna dzialo przez tych kilkanascie dni, podczas ktorych nie mialem dostepu do sieci.

23 listopada udalem sie – samolotem, bo tak szybciej – na wyspe Makira, ostatnia z trzech, co do ktorych istnieja lokalne opowiesci o dziwnych miejscach, zjawiskach czy istotach.  O ile jednak na Guadalcanal i Malaicie znalem pewne osoby, o tyle Makira byla dla mnie nieodgadniona i nieznana tajemnica.  Nie wiedzialem nawet, gdzie i jak rozpoczas swe poszukiwania.

Pierwszy tydzien spedzilem w stolicy prowincji Makira-Ulawa, Kirakira.  To niewielkie miateczko, niemal wies, ktore wszakze cenami bije na glowe Honiare i Auki razem wziete (jak wiadomo, moj budzet byl i jest mocno ograniczony).  Pierwsze cztery noce spedzilem w Sanbiz Lodge, gdy jednak okazalo sie, ze cena za noc wynosi 330 dolarow, przenioslem sie (na szczescie udalo sie znalezc dzieki pomocy mojej znajomej z Litwy, Anush) do znacznie tanszego miejsca za 100 dolarow za noc.  Niemniej jednak wlascicielka Sanbiz Lodge, Joyce, okazala sie bardzo pomocna osoba i przekazala mi mnostwo informacji, w tymk takze dotyczacych tego gdzie moge rozpoczac swe poszukiwania.  Na wyspie Santa Ana (Owa Rafa) w wiosce Nathagera znajdowaly sie ponoc kosci olbrzyma.  Na wyspie Ugi (Uki na Masi) znalezc mozna bylo ponoc kosci malych iostotek, zwanych tu Kakamora lub Masi, a takze jakies rysunki/pismo owych istot.  Takze na co najmniej jednej z trzech wysp zwanych Three Sisters (Les Tres Marias) oraz na wyspie Ulawa takze znajdowaly sie jakies slady.  Nad Star Harbour, w wiosce Namugha, znajdujacej sie na przyladku Surveille (we wschodniej czesci Makiry) widywano dziwne swiatla.  Wreszcie Kakamora zamieszkuja ponoc zachodnia Makire, ziemie ludu Arosi.  Zbyt wiele niestety, jak na ograniczone mozliwosci finansowe i czasowe, zwazywszy, ze cena za wynajem lodzi oraz paliwo wahala sie – w zaleznosci od odleglosci – od kilkuset do kilku tysiecy dolarow salomonskich.  Ale przynajmniej kilka z tych rzeczy warto sprawdzic.

Najpierw udalem sie na wyspe Santa Ana (Owa Rafa) i po spedzeniu tam nocy wybralem sie do wioski Nathagera, by zobaczyc “Kastom Haus”, miejsce, gdzie przetrzymywane sa kosci i czaszki przodkow.

Owszem, byl taki dom.  Nawet dwa.  Bardzo stare kosci i czaszki, niektore liczace sobie kilkaset lat.  Ale zadnej olbrzymiej kosci, zadnej wielkiej czaszki.  Jak okazalo sie znacznie pozniej, w dniu, w ktorym odlatywalem z Makiry, takie kosci znajduja sie nie w wiosce Nathagera, lecz niedaleko tej wioski, na wzgorzu.  Spotkalem wlasciciela tych ziem.  Jestem przekonany, ze po uiszczeniu odpowiedniej, zapewne dosc duzej, oplaty, bylbym w stanie – gdybym za 15 minut nie mial samolotu z powrotem do Honiary – zobaczyc te kosci.  Niestety, odlatujac do Honiary mialem przy sobie 98 dolarow salomonskich (potrzebnych na taksowke).  Skonczyla mi sie gotowka, a o bankomacie (albo nawet banku) w Kirakira mozna tylko pomarzyc.  Jest agent banku BSP (Bank of South Pacific), ale pobiera za wymiane dolarow amerykanskich na salomonskie taka prowizje, ze kapcie spadaja.  Coz, przynajmniej wiem, do kogo sie zwrocic nastepnym razem.

Tymczasem z Santa Ana musialem wynajac lodz (inaczej sie nie da) do Star Harbour.  Lodz byla aluminiowa (znacznie bardziej hydrodynamiczne sa te zrobione z wlokna szklanego), morze wzburzone, tak wiec po trwajacej okolo 50 minut przejazdzce bylem kompletnie, calkowicie, zalany woda.  Kapalo mi z kapelusza, kurtki, spodni, koszulki etc.  Nie martwiloby mnie to zbytnio, a nawet moze wywolaloby pewna radosc, gdyby nie fakt, ze wewnatrz kieszeni kurtki mialem powtykanych mase elektronicznych sprzetow.  Niezabezpieczonych w zaden sposob przed woda, gdyz nie spodziewalem sie, ze woda moze az do tego stopnia zalewac lodz (widzialem rybakow sunacych swymi lodziami nawet po wzburzonym morzu i woda ledwie, ledwie wlewala sie na poklad).  Natychmiast po przybyciu wyjalem caly sprzet, rozebralem na czesci co sie dalo i wysuszylem na sloncu.  Na szczescie wszystko dziala bez zarzutu.

W Star Harabour spedzilem noc, a nastepnie zaczalem rozpytywac o rozne rzeczy.  Owszem, dwoch rzeczy sie dowiedzialem.  Rzeczy, ktorych – pozwolcie – na razie tu nie wspomne.  Rzeczy dziwnych i bardzo istotnych z punktu widzenia moich poszukiwan.  Dowiedzialem sie takze, iz mojej drugiej nocy w motelu, gdy spalem, dwoch ludzi widzialo poruszajace sie nad okolicznymi wzgorzami swiatlo.  Wygladalo jak swiatla samolotu.  Wiem z doswiadczenia, ze samolot przelatujacy nad ta okolica slychac bardzo dobrze.  Ten obiekt nie emitowal zadnego dzwieku.  Nastepnej nocy czuwalem do 2:40 w nocy, niestety zadnej obserwacji nie udalo mi sie przeprowadzic.

Po spedzeniu jeszcze jednej nocy w Star Beach Lodge (pyszne kraby i homary, ryby, mango, ananasy, papaje, slodkie nalesniki z miodem etc.) wynajalem lodz z powrotem do Santa Ana.  Kolejne kilkaset dolarow (konkretnie 700) z glowy.  Tym razem byla to lodz z wlokna szklanego, wiec podroz byla cudowna, zadnej wlewajacej sie wody, nawet na odcinku wzburzonego morza o stalowym kolorze, gdzie najpierw najezdzalo sie na 60-centymetrowa lub wieksza fale, a potem z loskotem wpadalo w wodna “doline”.  Wiekszosc morza byla jednak spokojna, plytka (od pol metra do pieciu metrow glebokosci), a woda byla tak przejrzysta, tak cudownie szmaragdowo-blekitna, ze chcialo sie wskoczyc i plynac wplaw.

Po dotarciu do Santa Ana wypadalo juz tylko czekac na najblizszy samolot do Kirakira, a to oznaczalo trzy dni.  Przy okazji naocznie przekonalem sie, jak straszna choroba moze byc malaria: Yuchin, trzynastoletni chlopak mieszkajacy w wiosce Gupuna, w wieku pieciu lat zapadl na malarie (I to gdzie?  W Honiarze!), ktora doprowadzila do porazenia mozgowego.  Chlopak zachowuje sie jak pieciolatek, prawie nie mowi, nie moze utrzymac rownowagi i caly dzien wsypuje kamyczki do butelki.  Naprawde smutny widok.

W Kirakira przestalem miec zludzenia: nie bylo takiej szansy – przede wszystkim z finansowego, ale takze czasowego punktu widzenia – bym mogl dostac sie na Trzy Siostry, Ugi, Ulawe, czy tym bardziej zachodnia Makire.  Konczyly mi sie pieniadze.  Po raz pierwszy od 100 dni pobytu musialem wymienic troche dolarow amerykanskich, a to oznaczalo powrot do Honiary.

Zatem jestem tu, jutro zas jade znow na Malaite, by spotkac sie z Jamesem Baura (pamietacie moje poprzednie wpisy?), albowiem ma mi on ponoc jeszcze wiele do powiedzenia.

Pozdrawiam i do nastepnego wpisu.

Wojtek

PS – byc moze niektorzy z Czytelnikow zauwazyli, ze od pewnego czasu moje wpisy komentowane sa m.in. przez dwa trolle (okreslenia tego uzywam wobec kazdego, kto – kierujac sie ironia, cynizmem i zawiscia wypisuje nic nie wnoszace, obrazliwe i przede wszystkim kompletnie bezpodstawne zarzuty i krytyke).  Owi dwaj tchorzliwi osobnicy (tchorzliwi, gdyz nie maja odwagi cywilnej, by sie przedstawic i podac swoje maile, wpisujac sie zamiast tego jako “awe” oraz “zyx”) – niewykluczone zreszta, ze w istocie jest to jedna i ta sama osoba – szczegolna satysfakcje czerpia z dyskredytowania lub wysmiewania wszystkiego co napisze.  Ponadto, z uporem godnym lepszej sprawy twierdza, ze mam jakichs sponsorow, ktorych ponoc robie “w bambuko”. Na nic zdaja sie moje tlumaczenia, ze nie mam sponsorow i moje pytania skad wytrzasneli takie informacje.  Nie. Troll wie lepiej.  Mam sponsorow i juz.  Koniec i kropka.  Oj, jak latwo wylewac zolc i swoje frustracje, nie zadawszy sobie nawet najmniejszego trudu, by podniesc dupsko znad stolka i moze zorganizowac swoja wlasna, na pewno o wiele lepsza wyprawe…  Jestem niezmiernie ciekaw, czy owe anonimowe trolle znowu zaszczyca ten wpis (i/lub przyszle) swoja calkowicie niekonstruktywna krytyka?  Nie moge sie doczekac!

 

[ENGLISH VERSION]

(This entry was supposed to be long but because since yesterday my right palm has been somewhat swollen for some unspecified reason and because I find it hard to type – it’s going to be shorter)

Welcome again.  I am in Honiara but tomorrow I am coming back to Malaita for a week.  Why?  I will explain it in the next entry.  Today I will only explain shortly what was happening to me during those dozen or so days when I had no access to the network.

On 23 November I went – by plane as it was faster – to the island of Makira, the last one of the three where local stories tell about strange places, phenomena or beings.  However, while in Guadalcanal and Malaita I knew certain people, Makira was to me an undiscovered and unknown mystery.  I didn’t even know where and how to begin my search.

I spent the first week in the capital of the Makira-Ulawa province, Kirakira.  It is a small town, almost a village, which however beats Honiara and Auki together when it comes to prices (as you know, my budget was and is rather tight).  The first four nights I spent at Sunbiz Lodge, however when it turned out that the price per night was 330 Solomon Dollars, I moved to a much cheaper place (fortunately it was possible to find one thanks to the help of my Latvian friend Anush) for 100 Dollars per night.  However the owner of Sunbiz Lodge, Joyce, turned out to be very helpful and she imparted to me a lot of information, including where I could start my research.  In the island of Santa Ana (Owa Rafa) in the village of Nathagera there were apparently giant bones.  On the island of Ugi (Uki na Masi) apparently one could find bones of small beings, known here as Kakamora or Masi, as well as some drawings/writing of these beings.  Also on at least one of the Three Sisters (Les Tres Marias) islands and on the island of Ulawa there were also some traces.  Over Star Harbour, in the village called Namugha in the Surveille Peninsula (in the eastern part of Makira) some strange lights have been seen.  Finally, Kakamora apparently inhabit western Makira, the land of the Arosi people.  Unfortunately, all of it was too much considering my limited financial and temporal capabilities, taking into account the fact that the price for a boat hire and for petrol ranged – depending on the distance – from several hundred to several thousand Solomon Dollars.  However, at least some of those things would be worthwhile checking.

First I went to Santa Ana (Owa Rafa) and, having spent a night there, went to the village of Nathagera to see the “Kastom Haus”, the place where bones and skulls of ancestors are kept.

Yes, there was such a house.  Even two.  Very old bones and skulls, some several hundred years old.  But no giant bone, no huge skull.  As it turned out much later, on the day when I was flying back from Makira, such bones are located not in Nathagera itself but close to the village, on a hill.  I met the owner of these lands.  I am convinced that after paying some, probably quite large, fee I would be able – if I didn’t have a plane back to Honiara in 15 minutes – to see those bones.  Unfortunately, flying to Honiara I had 98 Solomon Dollars on me (which I needed for a taxi).  I’ve run out of cash, and one can only dream of an ATM (or even a bank) in Kirakira.  There is a BSP (Bank of South Pacific) agent, but for the exchange of US Dollars into Solomon Dollars he collects such a commission that it makes your hair stand on its end.  Well, at least I know who to turn to the next time.

Meanwhile, I had to hire a boat (OBM) from Santa Ana to Star Harbour (it is not possible to get there any other way).  The boat was made of aluminium (those made of fiberglass are much more hydrodynamic), and the sea was rough, so after a 50-minute ride I was completely, utterly soaked with salty water.  It dripped from my hat, jacket, trousers, T-shirt, etc.  It wouldn’t worry me too much, and perhaps it would make a somewhat joyous experience, if it wasn’t for the fact that in my jacket’s pockets I had a lot of electronic equipment.  Not protected in any way against water as I hadn’t expected the water to flood the boat to such an extent (I had seen fishermen riding their boats even on a rough sea and the water hardly got on board).  Immediately after arrival I removed all my equipment, took apart to pieces anything I could and dried in the sun.  Fortunately everything works fine.

I spent a night at Star Harbour and then I began asking around for a number of things.  And yes, I have found out two things.  Things that – please allow me – I am not going to discuss in detail here for the time being.  Very strange and important things from the point of view of my search.  I also found out that on my second night at the motel, when I was asleep, two men saw a moving light over the nearby mountains.  It actually looked like plane lights.  I know from experience that a plane flying over that area can be very easily heard.  That object did not emit any sound.  The following night I stayed awake until 2:40 am but I was not able to observe anything.

Having spent one more night at Star Beach Lodge (delicious crabs and lobsters, fish, mangoes, pineapples, pawpaws, sweet pancakes with honey etc.) I hired a boat back to Santa Ana.  Another several hundred Dollars (700, to be more specific) gone.  That time it was a fiberglass boat so the trip was marvellous, no water pouring in, even on a stretch of rough lead-coloured sea, when first you had to attack a wave 60 centimetres tall (or taller), only to drop down with a thud into a watery “valley”.  Most of the sea, however, was quiet, shallow (from half a metre to five metres deep), and the water was so crystal-clear, so wonderfully emerald-blue, that one wanted to jump in and swim.

Having reached Santa Ana I could only wait for the nearest plane to Kirakira, and that meant three days.  Meanwhile I have seen and found out just how tragic malaria can be: Yuchin, a thirteen-year-old boy living in the village of Gupuna, got malaria when he was five (And where of all places?  In Honiara!) which resulted in brain damage.  The boy behaves like a five-year-old, can hardly speak and keeps putting small pebbles into a bottle all day.  A really sad and sorry sight.

In Kirakira I stopped deluding myself: there was no chance under the sun – mostly from the financial, but also time, perspective – that I could get to Three Sisters, Ugi, Ulawa, and even more so to western Makira.  I was running out of money.  For the first time since I have spent 100 days in Solomon Islands I had to change some US Dollars and that meant having to return to Honiara.

So here I am, and tomorrow I am going back to Malaita to meet with James Baura (do you remember my earlier entries?) as apparently he still has a lot to tell me.

Best regards and until the next entry.

Wojtek

Posted in Uncategorized | 7 Comments

Riots in Honiara / Zamieszki w Honiarze

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Wczoraj odbyly sie wybory nowego premiera Wysp Salomona.  Dziesiatego odkad – zaledwie 33 lata temu – kraj uzyskal niepodleglosc.  Kolejnego, po tym jak poprzedni podal sie do dymisji, bedac oskarzony o defraudacje panstwowych pieniedzy i przeznaczenie ich na interesy swej obecnej i swych eks-zon.  Nowego premiera, najwyrazniej bardzo niepopularnego (moi znajomi na Wyspach mowia mi, ze jego rzady potrwaja od 2 do 6 miesiecy).

Proces wylonienia nowego premiera nie polegal na powszechnych wyborach lecz na wylonieniu “zwyciezcy” sposrod glosow oddanych na jednego z szesciu kandydatow przez czlonkow 50-osobowego parlamentu.  Nowo wyloniony premier (pochodzacy z Prowincji Zachodniej) najwyrazniej od razu nie przypadl do gustu wielu osobom, gdyz juz od srody ludzie protestowali, a – jak sie dowiedzialem wczoraj wieczorem – kilku policjantow zostalo rannych.  Dzisiaj niepotwierdzone pogloski mowia, ze doszlo w stolicy do rozruchow i zamieszek, przypuszczalnie – choc to takze niepotwierdzone – spalono kilka sklepow w dzielnicy Chinatown (Chinczykow sie tu nie lubi).  Joyce, wlascicielka hotelu, w ktorym mieszkam w Kirakira, odradza mi powrot do Honiary w tym tygodniu (uspokoilem ja, ze na pewno co najmniej tydzien na Makirze pozostane).

Pozdrawiam

Wojtek

 

[ENGLISH VERSION]

Yesterday they held elections of a new Prime Minister of Solomon Islands.  The tenth since – only 33 years ago – the country gained independence.  The next one after the previous one stepped down, accused of frauding state funds and investing in the businesses of his current and his ex-wives.  A new Prime Minister, apparently very unpopular (my friends in Solomon islands are telling me his rule will last from 2 to 6 months).

The process of electing the new PM did not consist in free, national election but rather in selecting a “winner” from among votes given for one of the six candidates by the members of the 50-member Parliament.  The newly-elected PM (coming from the Western Province) seemingly was not very favourable in the eyes of  many people as already on Wednesday many of them were protesting, and – as I found out yesterday in the evening – several policemen have been wounded.  Today unconfirmed message is that riots and skirmishes began in the capital, and possibly – although that is also unconfirmed – several shops in the Chinatown districts were burned (Chinese people are not particularly liked here).  Joyce, the owner of the lodge where I am staying in Kirakira, is talking me out of returning to Honiara this week (I made her calmer by saying that I woud stay in Makira for at least one week).

Best regards

Wojtek

Posted in Uncategorized

From Makira / Z Makiry

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Witam wszystkich.  Jestem w miejscowosci Kirakira, stolicy wyspy Makira i prowincji Makira-Ulawa.  To zaledwie wieksza wies, wieksza oczywiscie od Afio, ale duzo mniejsza od Auki.

I pojawia sie pierwszy powazny problem, tym razem natury finansowej.  Mieszkam w “hotelu” nad morzem.  O ile w Afio woda “bywala” (wlasciwie to nawet dosc czesto), to tu kapac sie musze w wodzie przynoszonej w wiadrze, a wieczorem – bez swiatla (ktore jest tu dopiero od 20:00) lub ze swiatlem nagle gasnacym i z karaluchami lazienkowymi – nalezy to do sredniej przyjemnosci.  Oczywiscie nie ma tez wiatraka czy klimatyzacji, a wiekszosc drzwi zamykanych jest na skobel (na szczescie nie drzwi od pokojow).

I wszystko byloby ok.  Jak pisalem, niepotrzebne mi sa wygody i nie po to tu przyjechalem, poza tym po Afryce wiem mniej wiecej czego sie moge spodziewac.  Ale o ile w Afio (za w sumie podobne, a moze nawet nieco lepsze, warunki) placilem 80 dolarow za noc, o ile w Auki placilem najpierw 150, a potem 120 dolarow za noc, o ile w Chester Rest House w Honiarze place 200 dolarow za noc, zakwaterowanie tutaj kosztuje… 330 dolarow za noc!!  Trzy noce (tyle na razie zaplacilem) i juz 1000 dolarow wydane, a zostalo mi… 10000 dolarow w gotowce…  Mam jeszcze oczywiscie dolary amerykanskie, ale to miala byc zelazna rezerwa, ponadto mam jeszcze wrocic na Malaite, mieszkac na Salomonach przez ponad miesiac, no i kupic jakies upominki…  A nie tylko zakwaterowanie jest drogie: kilogram ryby kosztuje tu 40 dolarow, w Afio za peczek bananow placilem 2 dolary, tu 2 dolary kosztuje jeden banan (coz za ironia, wziawszy pod uwage, ze mowi sie o Makirze, iz jest bananowa stolica Salomonow!), w Auki rybe z frytkami moglem kupic na targu za 6 dolarow, tu kosztuje… 25 dolarow…  Dzis ide szukac innego hotelu, moze bedzie tanszy, ale jesli nie, to zamiast trzech tygodni bede mogl tu spedzic najwyzej tydzien (czyli znowu niczego nie zobacze) i zapewne wracac samolotem (ponad 1000 dolarow plus 100 dolarow nadbagazu) zamiast statkiem (300 dolarow plus 18 godzin podrozy)…  Jestem wkurzony!  No i jesli wroce z Makiry po tygodniu, co dalej???

Pozdrawiam

Wojtek

 

[ENGLISH VERSION]

Welcome everyone.  I am in Kirakira, the capital of the Makira island and the Makira-Ulawa province.  It’s merely a very large village, of course much larger than Afio but much smaller than Auki.

And her the first serious problem appears, this time of a financial nature.  I live at a “lodge” right at the sea.  While at Afio the water “appeared” (actually appeared quite frequently), here I need to take my bath in water brought in a bucket, and in the evening – without light (which only appears around 8:00 pm) or with light suddenly going off and with bathroom cockroaches – that’s not the best pleasure I know.  Obviously there is no fan or air-con, and most doors are locked with a latch (fortunately not the room doors).

And everything would be ok.  As I said, I do not life’s comforts and that’s not why I came here, besides after Africa I more or less know what to expect here.  But while in Afio (basically for similar, and perhaps even slightly better, conditions) I paid 80 Dollars per night, while in Auki I paid first 150, and then 130 Dollars per night, while at Chester Rest House in Honiara I pay 200 Dollars per night, living here costs… 330 Dollars per night!!  Three nights (I have paid for so much so far) and already 1000 Dollars spent, and I only have… 10000 Dollars in cash…  Of course I still have some American Dollars, but that was supposed to be an iron reserve, moreover I am still to come back to Malaita, live in the Solomons for more than one month, and buy some gifts…  And it is not only accommodation that is expensive: one kilogram of fish is 40 Dollars here, in Afio I paid 2 Dollars for a bunch of bananas, while here I pay 2 dollars for just one banana (what an irony, considering the fact that Makira is said to be the banana capital of the Solomons…), in Auki I could buy fish and chips for 6 Dollars, here it costs… 25 Dollars  I am going today to look for another hotel, perhaps it’s going to be cheaper, but if not, then instead of three weeks I will be able to stay perhaps a week (so probably I won’t be able to see anything again) and probably I will have to come back by plane (over 1000 Dollars plus 100 Dollars excess luggage) instead of a ship (300 Dollars plus 18 hours’ trip)… I am pissed off!  And should I come back from Makira after one week, then what next???

Regards

Wojtek

Posted in Uncategorized | 3 Comments

Lesson in humility, patience, and meaning of success / Lekcja pokory, cierpliwosci i znaczenia sukcesu

[ENGLISH VERSION FOLLOWS BELOW]

Swoje dlugie milczenie moge wyjasnic bardzo prosto: w Afio na Malej Malaicie, gdzie przebywalem przez ostatnie dwa tygodnie, nie ma po prostu zadnego miejsca, skad moglbym wyslac kolejny post, zadnej kafejki internetowej, zadnego porzadnego zasiegu sieci.  Stad dwa tygodnie bez Internetu, ktore – ku mojemu zaskoczeniu – staly sie dla mnie udreka.

Znacznie trudniej jest mi wyjasnic to, co wydarzylo sie, a moze raczej sie nie wydarzylo, na Malej Malaicie oraz przyczyny takiego stanu rzeczy…

Ale od poczatku.  Do Afio wyruszylem w piatek 28 pazdziernika na pokladzie MV Small Mala, rybackiego statku, ktory takze przewozi pasazerow.  Wedle rozkladu Mala odplywala z Honiary o godzinie 17:00, ale wedle czasu salomonskiego oznaczac to moze dowolna godzine przed polnoca.  O dziwo, w tym wypadku czas salomonski okazal sie dla mnie laskawy, albowiem juz o 18:00 odbijalismy od nabrzeza.  Poniewaz jednak na poklad statku wszedlem juz o 16:00 (aby zajac dobre miejsce, ktore potem okazalo sie jednym z najgorszych), przez dwie godziny kolysalo mna na wszystkie mozliwe strony.  Zatem zanim jeszcze rozpoczalem podroz, moj zaladek juz domagal sie natychmiastowego wyjscia na spacer.  Na szczescie zdrowa dawka aviomarinu przekonala go, by jednak pozostal na swoim miejscu, choc mozg – nieustannie myslacy o spozytym niedawno smazonym kurczaku w ilosciach nieprawdopodobnych – nie byl jego sprzymierzencem.  Chcac zawczasu wiedziec jak dlugo potrwa ta tortura, zapytalem sie kapitana oraz czlonkow zalogi, na ile szacuja podroz.  Odpowiedzieli, ze na jakies 8 do 10 godzin, w zaleznosci od stanu morza.

Do Afio dotarlismy po niemal 12 godzinach nieustajacego kolysania w gore i w dol, w lewo i w prawo, w przod i w tyl…  Coz za ulga, postawic wreszcie nogi na stalym ladzie!  Dotarlem do stolicy Malej Malaity.  Choc wlasciwie slowo “stolica” jest zupelnie niewspolmierne i nieadekwatne do tego, co ukazalo sie moim oczom: moze z 10-12 domow, z czego czesc tylko murowanych oraz spore molo, do ktorego przycumowalismy, to wszystko, czym poszczycic sie moze ta w gruncie rzeczy duza wies (potem zreszta okazalo sie, ze nie jest ona wcale najwieksza).

Pierwsze kroki skierowalem do Afio Lodge, jedynego miejsca, w ktorym sie mozna zatrzymac.  Tu znowu nazwa na wyrost: cztery pokoje zamykane na skobel z klodka, bez jakiejkolwiek klimatyzacji czy wiatraka,  Po scianach, wewnatrz i na zewnatrz, pelzaja jaszczurki, dzikie pszczoly, pajaki, muchy, komary, mrowki…  W nocy tuz nade mna wyscigi urzadzaja sobie myszy, a moze szczury…  Woda jest, a jakze.  Wprawdzie tylko zimna i wprawdzie tylko w niektore dni, ale jest.  Coz, nie przyjechalem tu dla wygod, a przystepna cena (80 dolarow za noc) sprawila, ze nie moglem naprawde narzekac, tym bardziej, ze Philip, wlasciciel czy zarzadca hotelu, byl naprawde bardzo sympatyczny… Co prawda po kilku dniach pobytu na pokrowcu od statywu oraz na kamizelce zaczal mi wyrastac jakis dziwny grzyb czy plesn, ale to wylacznie wina niewyobrazalnej wrecz wilgotnosci.  Nie bylo dnia, bym mial sucha koszulke, a mieszanina deszczu, potu i nieustajaco unoszacego sie w powietrzu kurzu sprawila, ze pod koniec pobytu koszulka nadawala sie juz tylko do tego, by ja komus zostawic.  Moze jakis miejscowy, przyzwyczajony do klimatu i nie pocacy sie tak obficie, wypierze ja sobie i bedzie reklamowal w Afio hotel w Addis Abebie…

Po stlamszonej jedynie lekami zoladkowej rewolucji, wywolanej podroza przerazajacym stateczkiem, musialem zrobic sobie dwa dni wolnego.  Totez w sobote (kiedy to dotarlem wreszcie do Afio) oraz w niedziele nie robilem nic poza kontemplowaniem okolicznej przyrody i testowaniem okolicznych sklepow.

Kanal Maramasike oddziela Mala i Duza Malaite.  Jego wody to spokojna ton, nieznacznie tylko zmacona wiejacym niekiedy wiatrem.  W zasiegu wzroku mialem polazona na Duzej Malaicie wioske Maka, a takze niezliczone ilosci palm i innych drzew.  Samo Afio polozone jest w niewielkiej dolince tuz nad samym kanalem i okolone wzniesieniami, czasem wyrastajacymi znad samej wody.

Po dwoch dniach lenistwa i zastanawiania sie, czy przetrwam na sucharach, czekoladkach i gazowanych i/lub hiperslodkich napojach, zabralem sie wreszcie do roboty.  Pierwsza kwestia jaka nalezalo ustalic bylo polozenie wodospadu i znajdujacego sie pod wodospadem jeziora czy stawu, z ktorego – wedle slow Mariusa Boirayona – wylaniaja sie widywane ponoc dosyc czesto tajemnicze swiatla.  Zgodnie z opisem Mariusa miejsce to znajduje sie okolo 3 kilometry wzdluz kanalu na polnoc od Afio oraz okolo kilometr w glab ladu.  Kiedy pokazalem miejscowym stosowny fragment artykulu Boirayona oraz mape Malej Malaity, wiekszosc z nich wskazala na wodospad Tilihane.  Istotnie, znajduje sie on okolo 3-4 kilometry od Afio.  Problem polega na tym, ze wpada on wprost do slonych wod kanalu, nie zas do zadnego stawu czy jeziora.  Nalezalo wiec ustalic, czy w gornym biegu tej rzeki nie znajduje sie przypadkiem jeszcze jeden wodospad, tym razem z jakims oczkiem wodnym.  I rzeczywiscie, miejscowi potwierdzili, ze takie miejsce powyzej sie znajduje, ale ze bardzo trudno sie do niego dostac.  Potwierdzili takze, iz widuja czesto cos, co nazywaja “wasi”, a co wedle nich jest duchem czy diablem, przypominajacym wlasnie swiatlo.  Najczesciej pojawia sie ono podczas bezksiezycowych nocy (na moje nieszczescie podczas mego pobytu wlasnie na niebie pojawil sie ksiezyc, co noc wypelniajacy coraz wieksza polac nieba) i w czasie ulewnych deszczow (tego drugiego moglem kilkakrotnie doswiadczyc na malej Malaicie).

Kolejnego dnia postanowilem zorganizowac jakas lodz i udac sie nad wodospad Tilihane, aby zobaczyc, jak on wyglada.  I rzeczywiscie, z dosc imponujacych rozmiarow skaly wpadaja wprost do morza strugi slodkiej wody.  Nie tego jednak szukalem.  Trzeba bedzie dowiedziec sie, w jaki sposob mozna dostac sie nad gorny bieg rzeki.

Wczesniej jednak nalezalo wytlumaczyc miejscowym (nie sposob uciec od tego typu pytan) kim jestem, skad przyjechalem i – co najwazniejsze – jaki jest cel mojego pobytu na Salomonach/Malaicie.  Kiedy zaczalem im wyjasniac, w sposob nieunikniony pojawil sie temat olbrzymow i ich kosci/czaszek.  Jak sie okazalo, kilku miejscowych powiedzialo mi, ze w kilku miejscach Malej Malaity takie kosci/czaszki sie ponoc znajduja.  Jedna z takich miejscowosci jest Parasi.  A zatem nalezalo sie udac do Parasi.  Dwa dni pozniej zaczalem wedrowke jedyna w miare prosta i szeroka droga, wiodaca wzdluz wybrzeza najpierw na poludnie, potem na wschod, wreszcie na polnoc.  Po obu stronach tej przypominajacej nieco polskie lesne dukty sciezki znajdowala sie gesta, goraca, wilgotna, tropikalna dzungla.  Tu i owdzie dalo sie slyszec spiewy jakichs nieznanych ptakow albo charakterystyczne terkotanie cykad i swierszczy; czasem cos mignelo w trawie, cos co dostrzec mozna tylko katem oka.  W powietrzu pelno owadow, upal i ta duszna wilgotnosc…

Przeliczylem sie.  Okazalo sie, ze Parasi jest zbyt daleko, bym tego dnia tam dotarl.  Doszedlem jednak do wioski Pululaha, a tam spotkalem niejakiego Waltera.  Tak, wiedzial o czaszkach i kosciach niedaleko Parasi i obiecal, ze porozmawia z odpowienimi osobami.  Wczesniej jednak zaproponowal mi obejrzenie jeszcze jednego wodospadu, ponoc niezwykle pieknego.  Zgodzilem sie, gdyz nie chcialem skazywac sie na nic nierobienie w Afio.  Wykonana z pnia wielkiego drzewa dlubanka. Wioslujac, towarzyszacy mi mezczyzni i ja zanurzylismy sie w rzeczne odnogi.  Coraz spokojniej, coraz ciszej.  Gdzie nie spojrzec, rozlewaly sie wokol nas leniwe wody, porosniete gestym poszyciem mangrowcow.  Wszedzie mangrowcowe drzewa i wystajace z wody korzenie.  Tu wsrod korzeni pojawil sie krab, tam znowu jakas ryba, plujac woda, stracala z liscia owada…  Wreszcie czas na krotka wedrowke po dzungli i w koncu jest: majestatyczny wodospad, a pod nim glebokie na ok. 8 metrow wodne oczko.  Calosc osadzona w majestatycznym, cichym i spokojnym zakatku dzungli, ktorego – gdyby nie wiedza miejscowych – nie mozna by znalezc… Tak musi wygladac miejsce startu owych tajemniczych swiatel…

Parasi musialo zaczekac.  Nastepnego dnia udalo mi sie wynajac lodz z silnikiem (nawiasem mowiac, ceny paliwa sa przerazajaco wysokie, za galon – ok. 5 litrow – paliwa placilem 120 dolarow salomonskich, czyli jakies 17 dolarow amerykanskich, czyli okolo 51 zlotych! – a tych galonow bylo sporo) i dostac do wioski Eliote.  Znacznie wczesniej, jeszcze w Polsce, udalo mi sie nawiazac kontakt z niejakim Nickiem (pisze tez o tym na swojej stronie http://www.wyspy.webd.pl), ktory z kolei podal mi adres mailowy do Roberta Hite.  Niestety, pomimo prob, nie udalo mi sie porozmawiac z Robertem.  Pomyslalem, ze to doskonala okazja, by sprobowac nawiazac z nim kontakt i dowiedziec sie czegos, byc moze tez udac w jedno miejsce, w ktorym – wedle miejscowych – takze znajdowac sie mialo miejsce pochowku olbrzyma.  Niestety Roberta nie bylo w Eliote, przebywal w Honiarze, ale udalo mi sie zdobyc do niego kontakt.  Zadzwonilem do niego, a on zaproponowal, bym udal sie do Eliote na poczatku kolejnego tygodnia.

Zdecydowalem zatem, ze ponownie sprobuje udac sie do Parasi.  Wyruszylem wczesnie rano i istotnie wczesnym popoludniem dotarlem do wioski.  Po drodze minalem wlasnie budowane lotnisko, ktore pod koniec tego roku albo na poczatku kolejnego ma byc otwarte.  Zastanawiam sie jednak, dla kogo to lotnisko bedzie: dla miejscowych, dla ktorych cena biletu, wynoszaca niemal 1000 dolarow salomoanskich, jest zdecydowanie za wysoka, czy dla przyjezdnych spoza Salomonow, ktorzy raczej dosc rzadko maja jakikolwiek interes na Malej Malaicie?  Zobaczymy.

W Parasi spotkalem dwoch wodzow, ktorzy potwierdzili, ze niedaleko ich wioski znajduje sie miejsce pochowku olbrzyma.  Jesli chce kosci/czaszke obejrzec i sfotografowac, zapewne bedzie to mozliwe, ale wymagac bedzie konsultacji z wodzami, wlascicielami gruntu i opiekunami owego miejsca-tabu.  I tu mala dygresja: prosze sobie nie myslec, ze w celu zobaczenia takich olbrzymich kosci czy czaszek i ich sfotografowania wystarczy sobie po prostu wspiac sie na jakas mniej lub bardziej stroma gore po mniej lub bardziej waskiej i grzaskiej sciezce.  Kazdy, kto tak mysli, jest w bledzie.  Decyzja o tym, czy w ogole taka “wycieczka” jest mozliwa musi zostac podjeta przez cale grono roznych osob, takich jak wlasnie wspomniani wyzej opiekunowie swietych miejsc, wlasciciele ziem, wodzowie wiosek.  Podjecie takiej decyzji nie jest kwestia minut czy nawet godzin, lecz wiaze sie z dlugotrwalymi dyskusjami, opowiadaniem “historii”, spowiadaniem sie z tego kim sie jest, skad sie jest, w jakim celu przyjechalo sie w dane miejsce, dlaczego owe kosci/czaszki sa tak interesujace etc. etc.  To kwestia nieraz kilku dni.  A zatem nie bylo mowy o tym, abym – bedac juz w Parasi – mogl sobie tak po prostu wspoac sie na jakas gore i zrobic zdjecia…  Musialem poczekac na mediatorow i decyzje starszyzny.

W tym czasie znakomita dotad pogoda (chyba nigdy wczesniej sie tak nie opalilem na Salomonach) zaczela sie zalamywac, przeradzajac sie w olowiane chmury i ulewne, tropikalne deszcze, zalewajace cala okolice.  W takiej sytuacji wspinaczka staje sie bardzo trudna lub wrecz niemozliwa.  We wtorek w kolejnym tygodniu mialem udac sie ponownie do Eliote, by spedzic tam noc lub dwie i potencjalnie wspiac sie do miejsca, gdzie znajduje sie swiete miejscew pochowku olbrzyma.  Niestety przez trzy czwarte dnia ulewa byla tak olbrzymia, ze nie sposob bylo wyrwac sie z Afio (mam nadzieje, ze jesli czas i mozliwosci pozwola umieszcze na Facebooku krotki film pokazujacy taka ulewe).  Dopiero pod koniec dnia znalazlem pogodowa “dziure” i czym predzej zalatwilem – zapewne przeplacajac – lodz do Eliote.  I znow, szeroki i spokojny kanal Maramasike przeszedl w odnoge, w ktora skrecilismy, zarosnieta po obu stronach mangrowcami…  Wreszcie dotarlismy.  Niestety na miejscu okazalo sie, ze mieszkancy Eliote (krewni Roberta) wprawdzie wiedza o moim przybyciu, ale nie wiedzieli o nim inni ludzie, z innej wioski, opiekujacy sie koscmi olbrzyma.  Spedzilem noc w wiosce, spozylem suta kolacje (w tym wielkiego kraba mulowego, za ktorego w Polsce w wykwintnej restauracji zaplacilbym pewnie co najmniej 50 zl lub wiecej) i nastepnego dnia wrocilem do Afio.

Zblizal sie czwartek, w tego dnia miala wracac z Afio do Honiary przerazajaca Small Mala.  Niestety okazalo sie, ze – i owszem – wyplynela, tyle tylko ze Z Honiary DO Afio, do ktorego przybyla dopiero w piatek rano.  Z tym ze w piatek nie wracala do Honiary, tylko plynela dalej do wszystkich portow wzdluz kanalu Maramasike.  W ostatnim porcie cala zaloga nocowala. Dopiero wczesnie rano w sobote Small Mala wracala do Afio, do ktorego miala zawinac okolo godziny 11:00 rano, a stamtad udac sie juz prosto do Honiary.

Z niecierpliwoscia, potem obojetnoscia, a nastepnie narastajacym zachwytem otaczajaca mnie przyroda – od palm i zieleni wysp, szmaragdu wody w zatoce, koralowych raf, az po najmniejsze muszki i mrowki czy jaszczurki – ucze sie salomonskiego czasu.  Powoli nabywam jedyna bodaj umiejetnosc, ktora Salomonczycy opanowali do perfekcji: umiejetnosc cierpliwego i obojetnego czekania.  Przeciez nie o to chodzi, o ktorej godzinie statek zawinie do Afio, wazne, ze sie pojawi w koncu i wszyscy szczesliwie udadza sie do Honiary…

Statek pojawil sie w koncu na horyzoncie po godzinie 15:00… Tym razem wsiadlem na dolny poklad, gdzie powinno mniej kolysac.  W trakcie podrozy okazalo sie, ze statek sunie po spokojnej tafli morza niczym po szkle, a kolysanie ograniczone jest do minimum.  Wspaniale spokojna podroz uplynela mi na rozmowie z upchanymi do granic mozliwosci pasazerami, z ktorych czesc lezala pokotem na platformie (czyjas stopa pod czyims nosem, czyjes kolano w czyims brzuchu), inni zas stali, siedzieli, kucali gdzie sie tylko dalo.  Wszystko to wsrod tobolow: z jedzeniem, rybami, zywymi krabami, towarami ze sklepow i do sklepow, zywymi swiniami oraz wsrod pelzajacych gdzie sie da karaluchow.

W pewnym momencie kapitan statku intonuje religijna piesn i zanosi modlitwe.  W odpowiedzi wszyscy pasazerowie natychmiast odpowiadaja pelna harmonii piesnia spiewana na glosy.  Zupelnie surrealistyczne przezycie, gdzies na pustkowiu morza nagle chor idealnie zgranych meskich i zenskich glosow…  Potem zas rozpoczyna sie: palenie papierosow (tuz obok znajduja sie dwie potezne butle z gazem), zucie betelu (na szczescie nie zapluli pokladu), ciumkanie i dziamganie, przezuwanie ryzu, ryb, taro i co tam jeszcze kto mial do jedzenia.  A nastepnie niekonczace sie rozmowy: w lokalnym jezyku, w pijin, po angielsku…  Glowa kiwa mi sie ze zmeczenia, oczy same sie zamykaja, ale wciaz musze odpowidac na pytania, mowic kim jestem, skad, czemu przyjechalem na Salomony…

Do Honiary przybilismy o 4:15 rano w niedziele.  Jutro – jesli wszystko dobrze pojdzie – biore samolot na Makire.  To bedzie prawdopodobnie ostatni etap mojej podrozy po Salomonach.

Pobyt na Malej Malaicie i w ogole na Salomonach nauczyl mnie, jak wielkiej pokory i cierpliwosci trzeba, by prowadzic badania nad tymi zagadnieniami, ktore mnie interesuja.  Przewidziane i nieprzewidziane trudnosci pietrza sie, a nic nie jest takim, jakim sie zdaje.  Ci, ktorzy krytykuja mnie za zorganizowanie sobie egzotycznej wycieczki (nawet gdyby tak bylo, co to kogo obchodzi?) – niektorzy posuwaja sie do tego, ze oskarzaja mnie o “marnowanie” pieniedzy jakichs SPONSOROW (tak, tak, prosze sobie wyobrazic, ze niektorzy sadza, ze mam sponsorow!) – nie rozumieja, ze na Salomonach NIE MOZNA po prostu pojechac w jakies miejsce.  Ze NIE MOZNA nigdzie isc, gdy zalamuje sie pogoda, a z nieba leje sie prysznic.  Ze NIE MOZNA ignorowac kultury, tradycji, historii i wierzen miejscowych.  Ze to wszystko ZAJMUJE CZAS.  Mnostwo czasu…

Czy zatem jak dotad ponioslem porazke/kleske?  Pozostala mi jeszcze Makira i zobaczymy, co ten pobyt przyniesie.  Ale nawet gdym mial jutro wracac do Polski, to wiem juz, ze nauczylem sie takze innej lekcji, a mianowicie czym jest sukces. Otoz z chwila, gdy postanowilem przyjechac na Salomony w celu badania ich tajemnic JUZ odnioslem sukces.  Inni, ktorych ta tematyka interesuje, nie sa bowiem sklonni i chetni, by poswiecic swoj czas i/lub swoje pieniadze na przyjazd, na jakiekolwiek dzialanie.  I jeszcze jedno: wiem, ze w kwestii salomonskich tajemnic nie powiedzialem jeszcze ostatniego zdania.  Bede MUSIAL tu powrocic, za rok albo za 10 lat…  Sukces, jaki odnioslem polega takze i na tym, ze nawiazalem wiele cennych i przydatnych znajomosci.  Teraz nie jestem juz anonimowym przyjezdnym, a wiekszosc osob z miejscowosci, w ktorych przebywalem (i nie tylko) wie juz kim jestem i czego szukam.  Czesc z nich moze byc temu przeciwna.  Lecz sa tez i tacy, ktorzy mi sprzyjaja.  I to od kontaktow z nimi rozpoczne swe poszukiwania nastepnym razem.  Nie bede musial juz wiecej szukac, bede mogl zabrac sie bezposrednio do dzialania…

Do nastepnego wpisu.

Pozdrawiam

Wojtek

 

[ENGLISH VERSION]

It is very easy to explain my long silence: in Afio in Small Malaita, where I have stayed for the last two weeks, there is simply no place from where I could send a next entry, no Internet cafe, no decent network coverage.  Hence two weeks without the Internet that – much to my surprise – have become a pain to me.

It is far more difficult for me to explain what happened, or rather what has not happened, in Small Malaita and the reasons for such a state of affairs…

But let’s begin from the start.  I set out for Afio on Friday 28 October on board of MV Small Mala, a fishing ship that also carries cargo and passengers.  According to a schedule Mala set out from Honiara at 5:00 pm, however according to the Solomon time it may mean any time before midnight.  Surprisingly enough this time the Solomon time turned out to be mild on me, as already at 6:00 pm we were setting out from a jetty.  However, since I boarded the ship already at 4:00 pm (to take a good seat which in retrospect turned out to be one of the worst), for two hours I was tossed and turned around and about in all possible directions.  Therefore, even before I really started my journey, my stomach was already demanding an immediate release.  Fortunately a good dose of medicine manaed to convince it to stay where it was, although the brain – continually thinking about fried chicken that I had eaten before in unbelievable quantities – was not my stomach’s best ally.  In order to know in advance just how long that torture would last, I asked the captain and crew mebers how long they estimate the trip to take.  They said some 8 to 10 hours, depending on sea conditions.

We reached Afio after almost 12 hours of constant rocking and rolling, up and down, left and right, front and back…  What a relief, being finally able to set foot on land!  I have reached the capital of Small Malaita.  Although, frankly speaking, the word “capital” is completely inadequate to what I saw: perhaps 10-12 houses, of which only part made of bricks, as well as a sizeable pier to which we moored, was all that this in fact large village can boast of (in any case it turned out later that it wasn’t at all the largest village).

I directed my first steps to Afio Lodge, the only place where one can stay.  And, again, the name seems to be a bit exagerated: four rooms with doors locked with a staple and a padlock, without any air-con or a fan.  On the walls, inside and outside, crawl lizzards, wild bees, spiders, flies, mosquitoes, ants…  At night, right above my head in the attic, some mice or rats run around…  There is some water, though.  True, only cold and only on some days.  Well, I haven’t come here for life’s little comforts, and the affordable price (80 Dollars per night) was the reason why I couldn’t really complain, especially given that Philip, the owner or caretaker of the lodge, was really extremely friendly and nice…  True, after several days of stay I noticed on my tripod bag and on my jacket some strange mould or fungi, but that is only the fault of unimaginable humidity.  There was no single one day when my T-shirt would be dry, and the mixture of sweat, rain and dust that was constantly floating in the air resulted in the fact that towards the end of my stay my T-shirt could only be possibly left over for someone to pick it.  Perhaps some local man, accustomed to the climate and not sweating so profusely, will wash the T-shirt and will advertise an Addis Abeba hotel in Afio…

After the stomach revolution, only stifled with some medicine, and caused by the trip on that dreaded ship, I had to take two days off.  That is why on Saturday (when I finally made it to Afio) and on Sunday I did nothing save contemplate the surrounding nature and testing the local shops.

The Mramasike passage separates Small and Big Malaita.  Its waters are crystal clear and quiet, only sporadically stirred sometimes by occasional stronger wind.  In sight I had the village of Maka located in Big Malaita, as well as a multitude of palm trees and other trees.  Afio itself is located in a small valley just right at the passage and surrounded by hills that sometimes rise straight from the water.

After two days of laziness and wondering whether I am going to survive on bisquits, chocolate and carbonated and/or hyper-sweet drinks, I finally set to work.  The first issue that was to be established was the location of a waterfall and a waterfall lake or pond out of which – according to Marius Boirayon – some mysterious lights appear that are apparently seen quite frequently.  As per Marius’s description, that place is situated some three kilometres down the passage north and some one kilometre up/inside the land.  When I showed an appropriate fragent of Boirayon’s article to the locals, as well as a map of Small Malaita, most of them indicated the Tilihane waterfall.  Indeed, it is situated some 3-4 kilometres from Afio.  The problem is that it falls directly into the salty waters of the passage, not to any lake or pond.  Thee next thing to establish, then, was whether in the upper section of the river there was indeed another waterfall, this time containing some body of water.  And indeed, the locals have confirmed that there is such a place above but that it is ver difficult to get to it.  They have also confirmed that they are frequetly seeing something they call “wasi” and that – according to them – is a spirit or a devil that looks just like a ball of light.  Most frequently it apears during moonless nights (to my disadvantage during my stay the moon has just appeared in the sky, every night taking a larger part of the sky) and during heavy showers (that other thing I was to experience on several occasions in Malaita).

Next day I decided to organise some boat and to go to the Tilihane waterfall to see what it looks like.  Indeed, from a rock of quite impressive directions streaks of light are falling directly into the sea.  That was not what I was lookig for.  I would have to find out how to get to the upper reaches of the river.

Earlier, howver, I had to explain to the locals (it is impossible to escape from that kind of questions) who I was, where I came from and – most importantly – what the reason for my stay in the Solomons/Malaita was.  When I started to explain that to them, inevitably the subject of giants and their bones/skulls cropped up.  As it turned out, several local people told me that in several parts of Small Malaita there indeed are such bones/skulls.  One of such places is Parasi.  It seemed logical then to go to Parasi.  Two days later I started my walk along the only relatively easy, simple and wide road or path that leads alomg the coast line first southwards, then towards the east, and finally to the north.  On both sides of the path, that reminded somewhat a forest tract in Poland, was the thick, hot, humid, tropical jungle.  From time to time some unkown bird was twitting, whining, whistling, or cicadas and crickets were giving their concert; sometimes something flashed in the grass, something visible only out of the corner of the eye.  Plenty of insects in the air, heat and that stiffling, strangling humidity…

I overreached myself.  It turned out that Parasi was too far away for me to get there.  However, I reached a village called Pululaha where I met one Walter.  Yes, he knew about skulls and bones close to Parasi and promised to speak to appopriate people.  Meanwhile, however, he suggested I see one more waterfall, apparently very beautiful.  I agred as I didn’t want to condemn myself to doing nothing in Afio.  A dugout canoe made of a trunk of a large tree.  Paddling, the men that accompanied me and I got ever further into river arms.  It became ever quieter, ever more silent.  Wherever I looked, there were lazy waters overgrown thickly with mangrove trees.  Everywhere the mangroves and roots sticking out of the water.  Here a crab appeared in between the roots, there some fish, spitting out water, attempted to take an insect out of a leaf..  Finally time for a short walk in the jungle and eventually here it is: a majestic faterfall, and right beneath it an 8-metre deep pond.  The whole set in a majestic, quiet and silent corner of the jungle which – if it wasn’t for the knowledge of the locals – could not be easily found…  That’s how the place must look from which those mysterious lights go up…

Parasi had to wait.  The following day I managed to hire an outboard motor boat (by the way, the prices of fuel are appallingly high, for one gallon – appro. 5 litres – I paid 120 Solomon Dollars which is some 17 US Dollars! – and I had to purchase quite many of those gallons) and to get to the Eliote village.  Much earlier, while still in Poland, I had managed to get in touch with one Nick (I am also writing this on my Internet site http://www.wyspy.webd.pl/en,tajemnice-wysp-salomona.html) who in turn had provided me with an e-mail address of Robert Hite.  Unfortunately, despite attempts, I had not managed to speak to Robert Hite.  I thought that it would be a great opportuity to try and get in tuch with him and find out anything, perhaps also reach one place where – according to the locals – a giant burial place was situated.  Unfortunately Robert was not in Eliote, he was in Honiara, however I managed to get contact to him.  I called him and he sugested I go to Eliote at the beginning of the following week.

Therefore I decided that I would again try to go to Parasi.  I set out early in the morning and indeed I reached Parasi early in the afternoon.  On my way I passed a newly-constructed Parasi airstrip which is to be open towards the end of this week or begining of the next.  I wonder, however, who will use the airstrip: the locals to whom the price of the ticket of almost 1000 Dollars is definitely too high, or visitors from outside the Solomons who very rarely have some interest in Small Malaita?  We shall see.

In Parasi I met two chiefs who confirmed that close to their village there was a burial place of a giant.  If I want to see/photograph the bones/skull, it will probably be possible but will require consultations with chiefs, landowners and tabu site caretakers.  Here a small digression: do not think that in order to see or photograph such giant bones or skulls it is rnough just to climb some more or less steep mountain along some more or less slimy and slippery path.  Anyone who thinks so is mistaken.  A decision on whether such an “excursion” can be taken at all needs to be taken by a whole array of people, such as the above-mentioned sacred sites caretakers, landowners and/or village chiefs.  To take such a decision is not a matter of minutes or even hours but is connected with long-lasting discussions, “story” telling, explaining who you are, where you are from, why you came to that specific place, why those bones/skulls are so interesting etc.  It is frequently a matter of several days.  That’s why there was no way that I – being in Parasi – could simply, just like that, climb a mounain and take pictures… I had to wait for mediators and the decision of the elders.

Meanwhile the weather, so far excellent (I don’t think I have ever got so sun-tanned before in the Solomons) began to breakdown, turning into laden clouds and showery, tropical rains, flooding the whole surroundings.  In such a situation a climb becomes very difficult or downright impossible.  On Tuasday in the following week I was to come back to Eliote to spend a night or two there and potentially climb the place where the burial site of a giant was.  Unfortunately for most of the day the showers were so heavy that it was impossible to get away from Afio (I hope that should the time and circumstances allow I will show a film on Facebook showing such a rain).  It was only towards the end of the day that I found a “hole” in the bad weather and quickly fixed – probably having overpaid – a boat to Eliote.  Again, the broad and quiet Maramasike passage turned into a river arm into which we turned, overgrown with mangroves… Finally we reached Eliote.  Unfortunately it turned out that the inhabitants of the village (Robert’s relatives) knew about my coming but some other people, from another village, who take care of the bones, didn’t.  I spent a night in Eliote, ate a big dinner (including a large mud crab for which in Poland in an exclusive restaurant I would pay an equivalent of USD 20 or more) and the following day I returned to Afio.

Thursday was approaching, and that was the day when the dreaded Small Mala was to return from Afio to Honiara.  Unfortunately it turned out that – yes, it did set out – but FROM Honiara TO Afio where it arrived only on Friday morning.  However it wasn’t returning to Honiara on Friday, but instead was sailing along the passage to all the ports.  At the last port the crew was taking a sleep.  Only on Saturday early morning Small Mala was returning to Afio to which it was supposed to come around 11:00 am from where it was to return straight to Honiara.

With impatience, then indifference, and finally with growing awe at the nature that surrounds me – from palm trees and vegetation of the islands, the emerald water in the bay, coral reefs, down to smalest flies and ants or lizards – I am learning the Solomon time.  Slowly I am getting this one and probably only skill that the Solomon Islanders have mastered to perfection: the skill of patient and indifferent waiting.  After all, it’s not about what time he ship will come to Afio, it is about the fact that it will finally appear there and everyone will hapily reach Honiara…

The ship finally appeared on the horizon after 3:00 pm…  This time I boarded the lower deck where it should roll less.  During the trip it turned out that he ship was running along the calm sea waters as if on glass, and that the rocking is limited to a minimum.  I passed the marvellously quiet journey on the conversation with the passengers packed to the gills on the deck, some of them lying on a platform (someone’s foot under someone’s nose, someones knee in someone’s stomach), while others stood, sat, crouched wherever they could.  All this amongst bags: with food, fish, live crabs, goods from and to shops, alive pigs and amongst cockroaches roaming everywhere.

At one point the captain of the ship intones a religious song and starts praying.  In return all the passengers imediately reply with a harmonious song sung in voices.  A completely surreal experience, a choir of male and female voices somewhere in the open ocean…  Then it starts: smoking (right next to two huge gas tanks), chewing betelnut (fortunately they did not spit on the deck), chewing rice, fish, taro and whatever they brought to eat.  And then, unending conversations: in a local language, in pijn, in English…  My head is spinning of tiredness, eyes are closing but still I need to respond to questions, explaining who I am, where I come from, why I arrived in the Solomons…

We arrived in Honiara at 4:15 am on Sunday.  Tomorrow – if everything goes right – I am taking a plane to Makira.  It will most likely be the last stage of my trip to the Solomons.

The stay in Small Malaita and generally in the Solomons have taught me how great humility and patience is needed to research the issues that interest me.  Foreseen and unforesee difficulties stack up and nothing is at it serms.  Those who criticise me for organising an exotic excursion (even if that was the case, what does it matter?) – some even accuse me of “wasting” the money of some SPONSORS (yes, yes, imagine there are people who think I have sponsors!) – do not nderstand that in the Solomons one CANNOT just simply go to one place.  That one CANNOT go anywhere when there is a shower from the sky.  That one CANNOT ignore the culture, tradition, history and beliefs of the locals.  That all that TAKES TIME.  A lot of time…

Ultimately, have I experienced a failure/disaster?  Makira is still left ad we shall see what that stay will bring.  But even if I were to come to Poland tomorrow, I already know that I have also learned another lesson, and that is what success is.  Well, the moment I decided to come to the Solomons in order to explore the country’s mysteries, I have ALREADY experienced success.  After all, other people interested in the subject are not willing and eager to devote their time and/or money to come, to act.  And one more thing: I know that as regards the Solomon mysteries I have not yet said a final word.  I will HAVE TO come back here, in a year or in 10 years…  The success I have achieved consists also in another thing: that I have made a network of valuable and useful contacts.  No longer am I an anonymous visitor, and most of the people from the places I visited (and not only) already know who I am and what I am loking for.  Some of them can oppose that.  But there are also those who are favourable to me.  And it is from contacting them that I will begin my search the next time.  I will no longer need to look for them, I will be able to act straight away…

Until the next entry

Best regards

Wojtek

Posted in Uncategorized | 4 Comments